Dołącz do czytelników
Brak wyników

Nowości w psychologii

29 września 2017

NR 1 (Styczeń 2017)

Rewolucja w psychoterapii
Czego dowiedziałam się na „Attachment and Trauma Congress” w Rzymie?

0 365

Jak wiele czasu potrzeba, by naukową psychologiczną wiedzę przekuć na praktyczne sposoby prowadzenia psychoterapii? Pięć lat studiów psychologicznych to zazwyczaj za mało, bo psychoterapia to jedynie promil poruszanych tam tematów. Wieloletnie terapeutyczne kursy pokazują nam zaś raczej kierunek, w jakim mamy podczas sesji podążać, rzadko wyposażając nas w narzędzia do zastosowania w każdej terapeutycznej sytuacji. Być może to właśnie dlatego psychoterapeuci szkolą się stale i chętnie, wierząc, że wraz z zaliczonym szkoleniem wiedza poukłada się i w ich głowie, i w terapeutycznej praktyce. Różne paradygmaty psychoterapeutyczne operują jednak sprzecznymi założeniami i nierzadko przyrost wiedzy nie przekuwa się wcale na większą terapeutyczną skuteczność.

Sama długo szukałam osi, wokół której mogłabym organizować swoją psychoterapeutyczną wiedzę i doświadczenie. Po lekturze Psychowzroczności Daniela Siegela nabrałam kilka lat temu nadziei, że rozwijająca się dynamicznie wiedza o mózgu może być tym, co pomoże mi przefiltrować w mojej pracy założenia skuteczne od tych zupełnie nietrafionych. Po kongresie „Attachment and Trauma Congress” w Rzymie mam przekonanie, że najnowsze odkrycia na temat mózgu – wzbogacone rozwijającą się stale wiedzą na temat przywiązania – mogą być przełomowe w pracy psychoterapeuty, o ile tylko sami psychoterapeuci pozwolą się tej wiedzy zainspirować.

O kongresie

W materiałach pokonferencyjnych [ponad 300 stron z najnowszą psychologiczną wiedzą] napisano, że tegoroczny kongres gościł naukowców i praktyków przeobrażających krajobraz psychoterapii i higieny zdrowia psychicznego. Dla mnie był on wywrotowy nie tylko jednak ze względu na to, co mówiono, ale i JAK to mówiono. Kathy Steele, jedna z prelegentek kongresu, w podsumowującym panelu skonstatowała: „Nigdy nie byłam na konferencji, na której wszyscy wykładowcy wysłuchali wszystkich wykładów swoich kolegów”. I choć reprezentowali oni przeróżne ośrodki badawcze i odmienne nurty terapeutyczne, wszystkie ich wystąpienia składały się na spójny, wielowymiarowy traktat o psychoterapii. Punktami wspólnymi tego traktatu było podejście holistyczne – szczególnie akcentujące triadę mózg-ciało-relacje, skupienie na uważności i obecności – zarówno psychoterapeuty, jak i klienta, wyczulenie na kwestie związane z zaburzeniami przywiązania oraz neurocepcji i oczywiście długofalowe skutki traumy. Zachwyciło mnie też to, jak bardzo nauka wspierała w wystąpieniach praktykę i jak często prelegenci powoływali się nie tylko na najnowsze naukowe doniesienia, ale i pisma pionierów psychologii – najczęściej cytowano Freuda, Fromma, Winnicotta, Bowlby’ego, Harlowa i Maslowa. Rozczuliło mnie również to, że większość występujących psychoterapeutów deklarowała stosowanie psychoterapeutycznych narzędzi na sobie samych (Daniel Siegel zarzekał się nawet, że opisaną przez siebie „piastę świadomości” praktykuje codziennie).

Zweryfikować nieweryfikowalne

Usłyszałam niedawno zarzut, że większość psychologicznych założeń na temat naszego emocjonalnego rozwoju w pierwszych latach życia to tylko nieprecyzyjne obserwacje i nieweryfikowalne hipotezy. Nikt przecież noworodka nie zapyta, co odczuwa w kontakcie z opiekunem, a na to, czy wyrośnie z niego zdrowy dorosły wpływa zbyt wiele słabo kontrolowalnych czynników, by móc precyzyjnie połączyć je z traumami bądź ich brakiem w dzieciństwie. Jednak dzięki stale poszerzającemu się inwentarzowi badań służących do odkrycia reakcji naszego ciała i mózgu ten zarzut przestaje mieć rację bytu. Zainteresowanych tym tematem odsyłam do lektur Znaczenie miłości Sue Gerhard i O chłopcu wychowanym jak pies Bruce’a Perry’ego. Książki Allana Schore’a, „amerykańskiego Bowlby’ego”, neuropsychologa i neuropsychoanalityka, którego wystąpienie otwierało kongres w Rzymie, nie zostały jednak – niestety – przetłumaczone na język polski. Jego wykład udowodnił za to niezbicie, że naprawdę sporo już wiemy o zdrowym i zaburzonym rozwoju mózgu, a co za tym idzie o podstawach naszego zdrowia psychicznego i mechanizmach rządzących skuteczną psychoterapią.

Allan Schore jest autorem teorii regulacji emocji między matką a dzieckiem i wpływu tej regulacji na dorosłe funkcjonowanie człowieka. Dzięki niemu, my psycholodzy, rozumiemy początki życia emocjonalnego człowieka nie tylko na poziomie psychologicznym, ale też na – niedostępnym nam wcześniej aż w takich szczegółach – poziomie biologicznym. W swoim wrześniowym wykładzie Schore opowiedział o podwalinach biologicznych miłości. Badania pokazują m.in., że obraz matki lub innego ważnego opiekuna dosłownie zapisuje się w naszym mózgu, w prawej części kory oczodołowo-czołowej i staje się na zawsze – nieuświadomionym – papierkiem lakmusowym, każącym nam unikać lub angażować się w określony typ relacji intymnych. Prawa półkula reprezentuje tym samym, według Schore’a, psychobiologiczny substytut ludzkiej nieświadomości opisanej – w sposób intuicyjny, ale zarazem genialny – przez Freuda.

Doświadczenie wystarczająco dobrej relacji w diadzie matka-dziecko wpływa pobudzająco na rozwój mózgu dziecka i – uwaga! – również matki. Mózg matki staje się bowiem przedłużeniem niedojrzałego mózgu dziecka (auxiliarycortex, pomocnicza kora mózgowa), biorąc na siebie funkcje, które dojrzewający mózg noworodka dopiero z czasem nabędzie. Są to m.in. wewnętrzne kojenie, samokontrola czy utrzymywanie emocjonalnej homeostazy. Im zatem gorsza opieka matki w tym początkowym okresie, tym więcej u dziecka dysfunkcji w tych zakresach w przyszłości, gdyż mózg nigdy już nie będzie tak plastyczny jak w początkach życia. Gdy zaś opiekujący się nami rodzic sam przepełniony jest emocjami i trudno mu ukoić samego siebie, jeszcze gorzej pełni tę rolę wobec nas. U rodziców zalęknionych, straumatyzowanych układ współczulny (odpowiedzialny za pobudzenie) jest stale zaktywizowany, pobudzając tym samym działanie tego układu u dziecka i jego homeostaza emocjonalna może się przez to rozregulować na długie lata. Co ciekawe, przekonywał nas Schore, terapeuta, również – w pewnym stopniu – staje się dla swojego pacjenta auxiliarycortex, mieszcząc te emocje, których układ nerwowy pacjenta pomieścić jeszcze nie umie. Z czasem okno tolerancji na trudne emocje poszerza się, istota szara mózgu pacjenta wzrasta, a ciało migdałowate – ta część mózgu, która wychwytuje ze środowiska bodźce zagrażające – uspokaja się.

Emocje i ciało traumy

Jeśli znane jest Wam słynne badanie z udziałem makaka, które doprowadziło do odkrycia neuronów lustrzanych, to możliwe, że słyszeliście o Vittorio Gallese. To on podobno sięgnął na oczach zwierzęcia po historyczny kawałek owocu, dając tym samym początek odkryciu, że neurony ruchowe u badanej małpy zaktywizowały się nie tylko wtedy, gdy sama sięgała po owoc, ale i wtedy, gdy jedynie obserwowała ona ten ruch właśnie u Gallese. Neurony lustrzane uczyniono szybko gwiazdorskim pojęciem psychologii, czyniąc je odpowiedzialne za empatię, socjalizację, mentalizację i wiele innych psychologicznych procesów obserwowanych tylko u człowieka i naczelnych.

Vittorio Gallese był drugim prelegentem kongresu i opowiedział o tym, jak dzięki pozawerbalnemu doświadczeniu słów możliwa jest błyskawiczna międzyjednostkowa komunikacja. Opowiedział również o swoich badaniach nad długotrwale poddawanymi traumatyzacji dziećmi z Sierra Leone. Dochodzi u nich do błędnej interpretacji ekspresji emocjonalnych u innych osób. Smutek i lęk malujące się na twarzach innych rozpoznają one bardzo często jako reakcję gniewu. Zamrożeniu ulega też ich ekspresja mimiczna (mięśnie twarzy nie reagują na typowe bodźce), a im mniej osoby te wyrażają swoje emocje, tym gorzej rozpoznają je u innych (podobny efekt obserwowany jest – co ciekawe! – u osób, które ostrzykują swoją twarz botoksem).

Rachel Yehuda, profesor psychiatrii opowiedziała o swoich badaniach nad traumą trangeneracyjną, czyli taką, którą dziedziczymy po poprzednich pokoleniach. Podkreśliła jednak, że nie chodzi tu o transmisję „genów traumy”, lecz raczej międzypokoleniowy wpływ na ekspresję określonych genów. To nie geny, a ciało potomków traumy dostosowuje się do traumy rodziców. Zmiany epigenetyczne mają bowiem przygotować dziecko do życia w środowisku podobnym do tego, jakie stało się udziałem jego rodziców. Jeśli zatem przykładowo rodzice cierpieli głód, ich potomkowie mogą magazynować nadmiernie tłuszcz i mieć większe problemy z nadwagą niż osoby, których rodzice głodu nie doświadczyli. Yehuda sporo mówiła też o wpływie traumy matki na płód. Dzieci kobiet, które w dniu ataku na World Trade Center były z nimi w drugim lub trzecim trymestrze ciąży, prezentowały o...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Psychologia w praktyce"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy