Dołącz do czytelników
Brak wyników

Nowości w psychologii

13 marca 2018

NR 6 (Listopad 2017)

Geografia własnego ja wg Roberta Levine'a

0 383

 

Robert Levine jest profesorem psychologii i byłym Dziekanem Kolegium Nauki i Matematyki w Kalifornijskim Uniwersytecie Stanowym w Fresno. Zdobył wiele krajowych i międzynarodowych nagród za badania, nauczanie i pisanie. Pracował jako profesor wizytujący w Universidade Federal Fluminense w Niteroi, w Brazylii, w Akademii Medycznej w Sapporo w Japonii, w Sztokholmie w Szwecji, a ostatnio jako członek Instytutu Studiów Zaawansowanych na Uniwersytecie w Durham w Wielkiej Brytanii. Publikował wiele artykułów w czasopismach naukowych, a także pisze artykuły do czasopism branżowych, takich jak Discover, American Demographics, The New York Times, Utne Reader czy American Scientist. Jego książka “A Geography of Time” („Geografia czasu”) przetłumaczona została na 8 języków i była przedmiotem opowieści na całym świecie, m.in. w Newsweek, The New York Times Magazine, CNN, BBC, ABC Primetime, NPR's All Things Considered i Radio Lab. Podobnie książka „The Power of Persuasion” została przetłumaczone na 8 języków. Ostatnia książka prof. R. Levine'a, „Stranger in the Mirror” zostanie opublikowana jesienią przez Wydawnictwo w California State University Fresno.

 

W wielu językach trudno nawet znaleźć odpowiednie słowo, które oznaczałoby niezależne lub indywidualne własne „ja”. Na przykład w języku japońskim jest kilka różnych słów na określenie „ja”, w zależności od tego, kto mówi do kogo i w jakich okolicznościach. „Kiedy ktoś mówi o sobie w odniesieniu do swoich kolegów, to może powiedzieć „Bokulub Ore” – zauważa Richard Nisbett, psycholog międzykulturowy. „Kiedy ojciec zwraca się do dziecka, mówi „Otosan” (tata). Młoda dziewczyna może korzystać ze swego przezwiska, kiedy rozmawia z kimś z rodziny: „Tomo dzisiaj idzie do szkoły”. Japońskim odpowiednikiem terminu „własne ja” jest słowo „jibun”, które w dosłownym tłumaczeniu znaczy „czyjś udział”, co zapewne sugeruje udział danej osoby w społecznym kontekście. Poza tym kontekstem nie ma „własnego ja”.

W chińskim języku brakuje pojedynczego słowa na określenie „indywidualizmu”. Najbliższym ekwiwalentem jest termin, który dosłownie tłumaczy się jako „egoizm, samolubstwo”. Słowo „życzliwość” reprezentuje znak jen, który oznacza dwóch mężczyzn. Podobnie jest, kiedy zwracamy się do innych. „Po koreańsku, w zależności od tego, kogo zapraszamy – studenta czy profesora – zdanie »Czy możesz przyjść na kolację?« wymaga nie tylko różnych form zwracania się do drugiej osoby, co często zdarza się też w innych językach, ale również odpowiednich określeń na »kolację«” – zauważa Nisbett. To więcej niż zwykła grzeczność – to oznaka zrozumienia, że oczekuje się tego, aby w różnych okolicznościach i względem różnych ludzi ten sam człowiek stawał się różnymi osobami.

Moje doświadczenia z „kulturą wysokiego kontekstu”

Kilka lat temu spędziłem jakiś czas jako profesor wizytujący w Sapporo, w Japonii. Moim bezpośrednim gospodarzem był Suguru Sato – uroczy, bystry i niezwykle zdolny, młody naukowiec. Sato, w typowo japoński sposób, był całkowicie oddany swojej pracy. Wszyscy na jego wydziale pracowali ciężko. Jednak Sato, który był najmłodszym wśród profesorów, podniósł poprzeczkę na wyższy poziom. Na pracę poświęcał sześć dni w tygodniu, często od wczesnych godzin rannych do północy. Z urlopu korzystał przez dwa lub trzy dni w roku. Jego praca była jego życiem, a jego osiągnięcia robiły wrażenie.

To, że młodzi profesorowie pracują więcej niż profesorskie grube ryby nie stanowi jakiejś wyjątkowej japońskiej specyfiki. Praktycznie wszyscy, których znałem w Stanach, także czuli presję publikowania, zdobywania grantów, nauczania czy zasiadania w komitetach, do których nikt inny nie chciał dołączyć, jednak obowiązki Sato nie kończyły się na tym. Musiał on jeszcze sprostać oczekiwaniom społecznym, które dla mnie – obcokrajowca – były trudne do pojęcia. Zrozumiałem tam, że największa różnica w pracy profesorów w Japonii i Stanach Zjednoczonych kryje się w powinnościach towarzyskich. Niezależnie od swego zmęczenia oczekiwano, że Sato będzie gotowy uczestniczyć w każdej zaplanowanej (nawet całkiem nieformalnej) okazji towarzyskiej, o każdej porze dnia i nocy, przez siedem dni w tygodniu.

Przykładowo, nieraz zdarzało mi się widzieć, że Sato pierwszy wstaje od stołu w porze lunchu, podczas gdy starsi profesorowie kończyli posiłek powoli, w atmosferze miłej i nieśpiesznej pogawędki. W trakcie tego semestru – nawet w okresach intensywnej pracy z zaledwie kilkugodzinną przerwą na sen –Sato oglądał wraz z kolegami całe mecze baseballowe w telewizji. Przy innych okazjach grał lub tylko kibicował swoim kolegom podczas kilkugodzinnych maratonów gry planszowej Goban (Go). Przynajmniej raz w tygodniu wszyscy wybierali się na nocny rajd po barach trwający często do bladego świtu i Sato zawsze wychodził na końcu. Niezależnie od tego, co robili, Sato zawsze sprawiał wrażenie, że spędzanie czasu ze znajomymi jest właśnie tym, na co ma teraz największą ochotę. Gładko i chętnie przeistaczał się zawsze w takiego kompana, jakiego właśnie oczekiwano.

To nie tak, że Sato nie lubił tych aktywności. Wyjaśnił mi jednak, że nie o lubienie lub nielubienie tu chodzi. Według niego chętne uczestniczenie, a raczej sprawianie takiego wrażenia, to istotna część jego pracy. Mnie natomiast te towarzyskie aktywności wydawały się stratą czasu, Sato miał przecież do wykonania prawdziwą pracę. Jednak dla niego odgrywanie roli osoby, która w każdych okolicznościach dostosuje się do oczekiwań kolegów, na pewno nie było straconym czasem. W Japonii najważniejszą ze wszystkich społecznych wartości jest „wa” lub inaczej harmonia. Tak więc zachowanie Sato miało zasadnicze znaczenie dla „wa” jego wydziału, a w dalszej kolejności całej uczelni. W jego przekonaniu był to najważniejszy aspekt jego pracy, czyli taki obszar, gdzie wszelkie uchybienia czy niedociągnięcia byłyby najbardziej rażące.

Pewnego razu zwróciłem uwagę, że w swoim życiorysie przy niemal każdej swojej publikacji umieszcza nazwiska wydziałowych kolegów jako współautorów (na tym małym wydziale było jeszcze trzech starszych profesorów). Zwykle staram się nie wnikać w sprawy gospodarzy, kiedy jestem gościem w ich kulturze. Tym razem jednak nie dawało mi to spokoju. „Przecież to twoje pomysły. Ty prowadziłeś te badania. Ty analizowałeś dane. Ty napisałeś te prace” – powiedziałem. „Dlaczego nie przypiszesz sobie należnych zasług? Przecież obaj wiemy, że na to zasługujesz”.

Odpowiedział mi wtedy, że byłoby to złe dla wszystkich zainteresowanych, a przede wszystkim dla niego samego. Wyjaśnił: od najmłodszych lat dzieci japońskie uczy się poświęcenia dla grupy. Nie oznacza to oczywiście, że one same nic nie znaczą. Uczy się je jednak, że ich własne dobro jest nieuchronnie związane z dobrem grupy, do której należą. Sukces osobisty mierzony jest powodzeniem większej społeczności – twoich kolegów z klasy, przyjaciół, współpracowników i na końcu wszystkich Japończyków. Wszelki przejaw samolubnego indywidualizmu zakłóca „wa”. W efekcie grupa zmuszona jest ostro przywołać do porządku lub nawet odrzucić samolubną jednostkę – koszmarna kara w kulturze, gdzie własna grupa liczy się bardziej niż wszystko inne.

Indywidualizm i kolektywizm – sposoby myślenia

Porównajmy to do Stanów Zjednoczonych, gdzie dzieci uczy się tego, że mają się wyróżniać ponad tłum. Już w przedszkolach pięciolatki, konkurują o tytuł „Przedszkolaka miesiąca”. Gdyby takie wyróżnienie spotkało przedszkolaka w Japonii, jego czy jej rodzice spaliliby się ze wstydu. Tymczasem w Stanach dumni rodzice ogłaszają taką szczęśliwą nowinę całemu światu, umieszczając odpowiednią naklejkę na zderzaku samochodu.

W Stanach mówimy, że „skrzypiące koło smar dostaje”. 

W Japonii uczy się natomiast „Derukugi ha utareru” („gwóźdź, który wystaje, należy wbić młotkiem”). W pewnym badaniu przeprowadzonym w Japonii większość respondentów uznała „bycie zwyczajnym” (heibon) za najbardziej pożądaną cechę.

Zrozumiałem, że różnice pomiędzy nami odzwierciedlają głęboką kulturową przepaść. Amerykanie są indywidualistami. Uważamy, że dobro jednostki i jej najbliższej (dwupokoleniowej) rodziny ma nadrzędne znaczenie w stosunku do poszerzonej grupy. Japończycy są kolektywistami. Wierzą, że czyjeś indywidualne potrzeby znaczą mniej niż to, co możesz dać z siebie „wa”.

Indywidualiści podzielają obserwację Szekspira: „Tak jak po nocy następuje dzień, ty nie okażesz fałszu innym ludziom”. Amerykanie – żywa reklama indywidualistycznych poglądów – zwykle nie lubią myśleć o sobie jako o kimś, kto coś udaje. To takie powierzchowne. Co gorsza, wydaje się pozbawione moralnego kompasu. Jak można zaufać komuś, kto zmienia się po to, aby zawsze dopasować się do okoliczności? W takich momentach człowiek staje się kameleonem, ale kim jest w rzeczywistości na koniec dnia? Tak przecież działają hipokryci, manipulatorzy, a nawet psychopaci.

W oczach Amerykanów zgodność z samym sobą to cnota moralna. Ikony uczciwości w naszej kulturze wiedzą, kim są, pozostają wierni sobie i potrafią nie przejmować się tym, co myślą o nich inni. Andy Warhol nie dodałby trochę zieleni na obrazie, aby zaspokoić życzenie kolekcjonera. Martin Luther King nie wyparł się żadnych swoich żądań, kiedy stanął naprzeciw rasistowskiego polityka. Można to nazwać szkołą myślenia „zrobię to po swojemu” (ang. I’ll do it my way) w dowód uznania dla legendarnego filozofa społecznego z Zachodu, pana Franka Sinatry.

Japończycy, którzy zawsze są zwolennikami kolektywistycznego podejścia, mają w tych kwestiach inne zapatrywania. Jeśli każdy będzie to robił po swojemu, czyli pójdzie swoją drogą, nie zadepczemy się nawzajem? Podobnie uczone są dzieci – każde z nich musi zrozumieć swoje miejsce i rolę. Robienie tego, czego oczekują inni, nie jest zaledwie akceptowalne w Japonii. To cnota moralna. Jeśli osiągnięcie „wa” wymaga trochę udawania, to czemu nie poudawać. W japońskim istnieją dwa terminy: „honne” – czyjeś prawdziwe uczucia i „tatemai” – twarz, jaką przyjmujemy w miejscach i sytuacjach publicznych. Kiedy czyjeś „honnenie” pasuje do harmonii grupy, to dojrzali ludzie wznoszą się ponad swoje samolubne uczucia. To, co dla Amerykanów może oznaczać sztuczność i hipokryzję, w Japonii jest nie tylko tolerowane, ale szanowane jako przymiot dobrego charakteru.

Im dłużej przebywałem w otoczeniu Japończyków, tym bardziej podziwiałem ich biegłość w odczytywaniu sytuacji. W języku psychologii międzykulturowej Japonia jest nazywana kulturą wysokiego kontekstu. Kiedy Japończyk styka się z jakąś sytuacją, to bada ją w całym jej kontekście. Na przykład, jeśli zapytamy Japończyka o zdjęcie, gdzie na pierwszym planie znajduje się jakaś ważna osoba, a w tle grupa mniej znanych postaci, to opisze nam całą grupę. Amerykanie natomiast skoncentrują się na centralnej postaci, poświęcając niewiele uwagi lub wcale osobom w tle. Nie muszę dodawać, że Amerykanie są na dole listy skontekstualizowanych kultur.

Kiedy jestem u siebie, w Stanach, to uważam się za raczej wrażliwego faceta. Jednak w Japonii byłem świadkiem, jak moi gospodarze gładko przechodzili od jednego spotkania do drugiego, odczytując najsubtelniejsze znaki z gracją i subtelnością, jakich sobie wcześniej nawet nie wyobrażałem. W porównaniu z nimi musiałem wydawać się empatycznym kaleką. Trudno zliczyć, ile razy musiałem przepraszać za to, co powiedziałem lub o co zapytałem. (Jedynym wyjaśnieniem, dlaczego mój gospodarz nie nazwał mnie żałosnym prostakiem, to niebywała grzeczność tych ludzi. Z Amerykanami na pewno by się tak nie udało. Zapewniam Was).

Japończykom trudno jest wyobrazić sobie „ja” poza kontekstem społecznym. Własne „ja” jest wytworem społecznym. Jeśli troszczysz się o innych ludzi, to czy można w ogóle myśleć inaczej.

Japoński sposób myślenia jest typowy dla wielu krajów. Na przykład w Chinach mają takie powiedzenie: „Utnij palec, jeśli but nie pasuje”. Człowiek nie tylko może, ale wręcz powinien być giętki i ulegać sytuacji. Chińczycy stanowią kulturę zorientowaną na sytuację. Zdaniem psychologa Chi-yue Chiu, Chińczycy są zobowiązani do bycia wrażliwym na otoczenie. „Amerykanie są zorientowani na jednostkę. Oczekują, że to otoczenie ich obsłuży i zaspokoi”.

W Chinach, podobnie jak w Japonii, rodzice nie przykładają dużej wagi do indywidualnego poczucia tożsamości. Badania pokazały, że zaledwie 8% chińskich matek – w porównaniu do 64% w Europie i Ameryce – wierzy, że budowanie „poczucia własnego ja” powinno być ważnym elementem w wychowywaniu dzieci. Ludzie Zachodu kładą nacisk na indywidualizm i rywalizację. Chińscy rodzice uczą o społeczności, współpracy i współzależności.
Także w Indiach, duchowej kolebce bezinteresowności, kontekst ma znaczenie. W jednym z badań odkryto, że Hindusi byli trzy razy bardziej skłonni podawać kontekst podczas opisywania swoich rówieśników niż Amerykanie. Tam, gdzie Amerykanie powiedzą ogólnie: „On jest skąpy”, Hindusi najprawdopodobniej ujmą to następująco: „Niechętnie daje pieniądze swojej rodzinie”.

Co staje się ważniejsze w warunkach presji: dobro własne i najbliższej rodziny czy interes społeczny większej grupy lub społeczności? To właśnie jest istota zagadnienia indywidualizm a kolektywizm. Indywidualiści czują się obrażeni, kiedy osoba zmienia maski publiczne, aby dostosować się do sytuacji. Kolektywiści natomiast nie tylko akceptują zmienne oblicza, ale wręcz uważają, że dążenie do konsekwencji, szczerości i oryginalności bez względu na sytuację jest społecznym upośledzeniem. Istnieje jednak jeszcze bardziej podstawowy podział pomiędzy indywidualistami a kolektywistami, który odnosi się do samego znaczenia „własnego ja” – w którym miejscu przebiega granica pomiędzy „ja” a innymi? Czy granica ta ma jakieś nieszczelności? I tutaj kultura odciska swoje wyraźne piętno.

„Niezależne istoty ludzkie w centrum swojego osobistego kosmosu”

W badaniach, jakie przeprowadziłem wraz z moimi studentami, Ann-Marie Clayton i Arantesem Armendarizem, prosiliśmy uczestników z różnych krajów o narysowanie ośmiu kółek. Każde kółko odpowiadało jednemu z pojęć: ja, ojciec, matka, rodzeństwo, partner w miłości, przyjaciel, współpracownik i obcy. Prosiliśmy też, aby rozmieścili kółka zgodnie z tym, jak widzą ich wzajemny układ.

Nasze badania rozpoczęliśmy od Anglo-Amerykanów. Nie było dla nas wielkim zaskoczeniem, kiedy przekonaliśmy się, że zasadniczo nie było dwóch takich samych obrazków. Co ważniejsze jednak, prawie na wszystkich „ja” znajdowało się w centrum, a pozostałe kółka oddzielała wolna przestrz...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Psychologia w praktyce"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy