Dołącz do czytelników
Brak wyników

Temat numeru

14 maja 2020

NR 21 (Maj 2020)

Twórcza kwarantanna w innej epoce. Rozwijanie umiejętności przetrwania w wieku 5 lat

170

Kiedy miałem pięć i pół roku i mieszkałem w Nowym Jorku, nabawiłem się obustronnego zapalenia płuc oraz kokluszu. Obie te choroby były wysoce zaraźliwe, a ja byłem wtedy małym, chudym dzieckiem, więc połączenie ich obu spowodowało, że ledwo byłem w stanie oddychać. Musiałem walczyć o każdy oddech.

Przyjechała karetka, żeby zabrać mnie z dala od domu, czyli czynszówki w getcie w Południowym Bronksie. W tamtym czasie wszystkie biedne dzieci, które cierpiały na choroby zakaźne, musiały być poddane kwarantannie w szpitalu przy ulicy East 16th na Manhattanie, którego nazwa brzmiała Willard Parker Hospital for Children with Contagious Diseases (Szpital dla Dzieci z Chorobami Zakaźnymi im. Willarda Parkera). Była to zasadniczo ogromna baza do kwarantanny w przypadku gruźlicy, szkarlatyny, kokluszu, zapalenia płuc i polio (w tamtym czasie na świecie panowała epidemia polio [choroby Heinego-Medina]). Na moim oddziale były setki dzieci i setki łóżek.

Tamta kwarantanna trwała sześć miesięcy, od listopada 1938 do kwietnia 1939 roku. W owym czasie nie było penicyliny, sulfonamidów ani żadnego innego sposobu leczenia. Wszystko, co mogłem robić, to leżeć w łóżku w oczekiwaniu na to, co niosło z sobą moje przeznaczenie. W niektórych aspektach był to naprawdę codzienny (i conocny) koszmar.

Mam na myśli to, że nawet pominąwszy brak dostępnych kuracji medycznych, personel szpitalny nie miał najmniejszego pojęcia na temat socjalnej czy emocjonalnej opieki nad dziećmi. Leżałem tylko w łóżku, 24 godziny na dobę. Nie było radia, muzyki, telewizji (jeszcze nie została wynaleziona, co nastąpiło w 1947 r.). Nie było maili, czasopism, kolorowanek czy telefonów ani żadnej możliwości ćwiczeń fizycznych.
Czas odwiedzin był ograniczony jedynie do dwóch godzin w niedzielę. W rzeczywistości nawet tego nie było. Jeśli moi rodzice zdołali przyjechać do szpitala (a rzadko im się to udawało, ponieważ było bardzo skomplikowane), pielęgniarki pchały moje łóżko pod wielkie okno, po którego drugiej stronie stali rodzice i rozmawiałem z nimi przez telefon. Ale gdy tylko więcej niż trzy łóżka czekały za mną w kolejce i przychodziła następna grupa rodziców, pielęgniarka oznajmiała: „Dobrze, kończ rozmowę. Musisz już wracać”. W rezultacie przy wielkim szczęściu udawało mi się dostać najwyżej dwadzieścia minut na pielęgnowanie tej najważniejszej z relacji.

W Nowym Jorku była wtedy sroga zima. Z mojego domu trzeba było pokonać na piechotę sześć przecznic do metra, którym jechało się godzinę, i znów maszerowało się sześć przecznic, aby dotrzeć do szpitala. W tamtych czasach Nowy Jork często nawiedzały nawałnice. Moja matka była w ciąży z moją siostrą Verą. Mój brat George miał chorobę Heinego-Medina i aparat ortopedyczny. Był jeszcze mój młodszy braciszek Donny, niespełna dwuletni, którego trzeba było ciągnąć ze sobą. To oczywiste, że moja mama nie była w stanie podróżować na takiej trasie, a rodzice nie mogli sobie pozwolić na taksówkę, nie mówiąc już o własnym telefonie.

Czekałem przez cały tydzień na tę magiczną godzinę, a potem nikt się nie zjawiał i nikt nie dzwonił. Wkrótce nauczyłem się, że kluczem do przetrwania jest bycie samowystarczalnym. Nie mogłem polegać na pielęgniarkach, nie mogłem polegać na lekarzach i nie mogłem polegać nawet na mojej rodzinie, żeby pomogła mi w tych strasznych okolicznościach.

Zasadniczo, w sposób bardzo świadomy postanowiłem, że ocaleję. Nie umrę – umieranie nie miało dla mnie sensu, bo wyobrażałem sobie przecież moją długą i wspaniałą przyszłość. Gdy o ósmej wieczór gasły światła, nie mogłem spać, ponieważ nie byłem zmęczony – przecież przez cały dzień nic nie robiłem. Wciąż pamiętam, kiedy gaszono światła i pielęgniarki przechodziły przez smugę światła padającego z ich dyżurki, tworząc cienie na ścianach, które dla mnie, pięciolatka, były oczywiście Diabłem, przybyłym dokonywać swoich wyborów.

Stałem się bardzo religijny. Rano modliłem się do Pana Jezusa, żeby dał mi siłę, zdrowie i odwagę, i pozwolił mi przeżyć. Za to w nocy modliłem się do Diabła, żeby mnie nie zabierał. Wyszedłem z założenia, że mogę podwoić swoje szanse na przetrwanie, mając Boga po jednej stronie, a Diabła po drugiej. Mówiłem do Diabła: „Patrz, jest tu pełno innych dzieci. Dlaczego ja?”. Później miałem z tego powodu wyrzuty sumienia, kiedy jakieś dziecko w łóżku obok faktycznie zmarło, więc zaprzestałem konszachtów z Diabłem i zostawiłem robotę czynienia cudów Jezusowi.

Chowałem się pod kołdrą i modliłem, żeby ten ohydny Diabeł mnie nie zabrał, bo byłem grzecznym chłopcem i nie zasługiwałem na pójście do Piekła. Dopiero dużo, dużo później zdałem sobie sprawę z tego, że stosowałem jakiś prymitywny rodzaj autohipnozy, ponieważ zaraz potem budziłem się i było już rano. Nigdy nie śniły mi się koszmary, po prostu budziłem się następnego ranka i radośnie stwierdzałem, że przeżyłem kolejny dzień. (W dorosłym życiu aktywnie szkoliłem się w zakresie hipnoterapii i autohipnozy, i często korzystałem z tych metod w przypadku urazów i rekonwalescencji po różnych operacjach).

Moją kolejną taktyką w zakresie sztuki przetrwania było komplementowanie pielęgniarek. Zanim poszedłem do szpitala, moja matka powiedziała mi, żebym zawsze pamiętał stare porzekadło: „więcej much lgnie do miodu niż do octu”. Niezupełnie rozumiałem, co miała na myśli, oprócz tego, że lepiej być osobą przyjemną, zamiast cierpką. Nie ulegało wątpliwości, że dobra opieka ze strony pielęgniarek była niezbędna dla mojego powodzenia socjalnego i emocjonalnego, więc nauczyłem się często prawić im komplementy. Ponieważ przez cały czas nosiły maski, mówiłem im, że mają piękne oczy czy piękne włosy, albo komplementowałem kolczyki lub inną biżuterię. Oznaczało to, że mnie zapamiętają i dostanę dodatkową kapkę masła albo porcję deseru. Najważniejsze było, żeby pamiętały, że siedziałem na nocniku, bo normalnie często zapominały. Ponieważ dzieci nigdy nie mogły wstawać z łóżek, załatwiały swoje potrzeby do nocnika i czasem pielęgniarka o tym zapominała albo na zmianie pojawiała się jakaś nowa pielęgniarka, która nie znała systemu. To była moja świadoma decyzja. Mówiłem sobie: „Wszyscy wokół mnie umierają. Ja nie chcę umierać. Co jeszcze mogę zrobić, poza modleniem się?”. 
Zdałem sobie sprawę, że prawienie komplementów było czymś, co musiałem robić często i dobrze.

Do dziś, kiedy opowiadam o Projekcie Bohaterskiej Wyobraźni, jedna z najważniejszych rzeczy, które przekazuję uczestnikom, brzmi: „Waszym zadaniem jest spowodować, żeby inni ludzie czuli się wyjątkowi. Nauczcie się ich imion, stosujcie je w rozmowie, dowiedzcie się o nich czegoś ważnego i przekażcie im uzasadniony komplement, który spowoduje, że poczują się wyjątkowi”. Ja zacząłem tak robić w wieku pięciu lat, gdy zdałem sobie sprawę, że to działa jak magiczna różdżka.

Gdy już udało mi się przeciągnąć na moją stronę pielęgniarki, jak również Diabła i Boga, zrozumiałem, że muszę też zdobyć względy innych dzieci, które leżały w łóżkach obok. Jedyną dostępną dla nas radością było czytanie komiksów o superbohaterach. Ze względu na ryzyko zarażenia, rodzice nie mogli dawać nam zabawek, ani niczego wartościowego. Zresztą i tak byli biedni, ale gdyby przyniesiono coś wartościowego, to nie można było już tego wynieść na zewnątrz. Mieliśmy jedynie te komiksy, którymi się dzieliliśmy, pochłanialiśmy je i podawaliśmy z łóżka do łóżka. W tamtym czasie nie potrafiłem jeszcze czytać. Patrzyłem na obrazki i podobały mi się, ale musiałem prosić starsze dzieci o pomoc w odczytaniu słów. Na moją prośbę mama przyniosła mi długopis i notes, więc mogłem zapisywać każde słowo. Potem jakieś starsze dziecko z łóżka obok mówiło mi, co ono znaczy, np. „Ojej!” albo „Pomocy!”. Przepisywałem każdą literę do notesu i wypowiadałem ją na głos. Zanim wyszedłem ze szpitala, potrafiłem czytać i pisać na poziomie podstawowym jeszcze przed rozpoczęciem nauki w szkole, co nastąpiło w rok po wypisie.

Gdy byłem w szpitalu, zrozumiałem również, że potrzebuję czegoś do roboty, żeby zabić nudę. Co miałem robić po przeczytaniu komiksu o Supermanie po raz dziesiąty? Zacząłem więc wymyślać gry zespołowe. Dzieciom, które były w zasięgu mojego głosu, mówiłem na przykład „wyobraźcie sobie, że nasze łóżka to tratwy i płyniemy po rzece Nil w poszukiwaniu białego aligatora” i wtedy ktoś mówił: „dobra, ja stanę na warcie”, a inny dzieciak wołał: „ja będę strzelać do dzikiej zwierzyny”. I wszyscy wyruszaliśmy w podróż.

W gruncie rzeczy już od piątego roku życia zacząłem przyjmować role przywódcze, nie dlatego, że chciałem być wodzem, ale dlatego, że nudziłem się jak mops i chciałem znaleźć coś ciekawego do roboty. Lepiej było się bawić w przywódcę niż podążać za kimś, kto proponował nieciekawe zabawy. Był to dla mnie sposób, żeby się rozerwać, ale wówczas, w trakcie zabaw, zrozumiałem, jaką moc ma grupa. Ktoś musiał kierować nami, popychając wszystkich w ciekawym kierunku i włączać dzieci, które nas obserwowały, ale się nie bawiły. Dla mnie w ówczesnej dynamice grupy chodziło bardziej o to, żeby nie być samotnym czy odizolowanym, pomimo odbywania kwarantanny. Dzieci wokół mnie umierały, samotne na swoich łóżkach. To były moje małe taktyk...