Dołącz do czytelników
Brak wyników

Studium przypadku , Otwarty dostęp

29 listopada 2018

NR 12 (Listopad 2018)

W poszukiwaniu miłości idealnej
Case study modelu miłości z kręgu dylematów narcystycznych

0 492

Pragnienie bycia „rozumianym bez słów” znamy chyba wszyscy. Każdy przynajmniej raz w życiu doświadczył takiej tęsknoty. Przeżywamy ją często w okresie nastoletnim. Nastolatki szukają tzw. soul mates. Stany zakochaniowe są natomiast przepełnione bliźniaczym odzwierciedleniem. Wobec swoich sympatii albo przyjaźni wypowiadają się: „rozumiemy się bez słów, wystarczy, że spojrzymy na siebie – i już wiemy, co jedno myśli o drugim”. Jednocześnie młodzież często wspomina o tym, że świat jej nie rozumie. Dorośli nazywają to okresem buntu. Jednak w tym doświadczeniu kryje się znacznie więcej.

Nie ma nikogo bardziej rozumiejącego niż matka w okresie 2.–3. roku życia dziecka. Gdy dziecko płacze, jest nieszczęśliwe, pragnie ukojenia – wystarczająco dobra matka odgaduje, czego ono chce i wychodzi naprzeciw jego pragnieniom. Jung twierdził, że doświadczenie bycia nierozumianym przez świat odnosi się do tęsknoty za rozumiejącą matką. Nastolatek nie tylko odkrywa przed sobą ogromne możliwości rozwoju wynikające z dojrzewania. Musi zmierzyć się też z rezygnacją z czegoś, co wcześniej było dostępne. Musi pożegnać się z nadzieją na odnalezienie obiektu, który potrafi idealnie odzwierciedlać jego samego. Nagrodą za to jest odkrycie, że ludzie są odmiennymi źródłami wrażliwości. Natomiast ceną jest ból związany z żałobą.
Czasami pragnienie odnalezienia idealnego obiektu jest na stałe wpisane w model relacji danej osoby. Często jest to osoba która ucieka przed smutkiem. Nie chce konfrontować się z bólem wynikającym z odkrycia, że w dorosłym życiu takie empatyczne, idealne zgranie nie jest dostępne. Możliwe są różne drogi radzenia sobie z tym dylematem. Warto wspomnieć o dwóch nieprzystosowawczych: przeżywanie złości wobec innych (która jest wtórna do frustracji) lub utrzymywanie idealizacji i rozszczepienia.
Rozważmy pierwszą możliwość. Każdy kolejny związek po okresie idealizacji konfrontuje taką osobę z realnością. Nic nie jest w stanie sprostać nadziejom pokładanym w kolejnym związku. To, co wnosi druga osoba, staje się niewystarczające – niezależnie od tego, czy chodzi o szefa w pracy, panią profesor na uczelni, męża czy przyjaciela. Osoby poszukujące idealnie empatycznego rozumienia doświadczają frustracji, która jest wpisana w ich „przeznaczenie”.

Studium przypadku

Pani I., 42 lata, jedynaczka, jest zamężna, ma dwoje dzieci, pracuje. Problemy zgłaszane przez panią I. – głównie kryzys relacji z mężem. Pani I. od bardzo dawna ma poczucie, że mąż nie daje jej oczekiwanych uczuć. Zamyka się w sobie bądź odgradza poprzez pracę lub gry komputerowe. Ponadto często wyjeżdża w delegacje, zostawiając samą z dziećmi. Pani I. spotyka się z kimś od jakiegoś czasu, nie dochodzi do zbliżeń intymnych. Osoba ta wypełnia emocjonalną pustkę pacjentki.
Zgłaszanym objawem jest także tendencja do kompulsywnych zakupów – pacjentka twierdzi, że ma w domu bardzo dużo ubrań oraz magazynów kobiecych, których nie czyta – kupuje, by później „wylądowało” to na dnie szafy. Po krótkim czasie euforii związanym z nabytą rzeczą pani I. wraca do domu i traci radość związaną z zakupami. Ubrania często nie są przez nią nawet noszone.
Ponadto, pani I. ma problemy w relacjach z innymi, twierdzi, że jest często nadmiernie emocjonalna i płaczliwa, ma niską samoocenę, lęk przed odrzuceniem, poczucie krzywdy.
Kontekst przyjęcia związany jest z doświadczeniem pani I. z poprzedniej psychoterapii grupowej, na której byłem terapeutą. Pani I. twierdziła, że przez jakiś czas w jej życiu była duża zmiana – szczególnie w pracy, jednak z biegiem czasu powracały epizody niezadowolenia. Zapamiętała mnie jako kompetentnego terapeutę, który poprzednio jej pomógł. Dodatkowo poczuła się opuszczona przez swoją lekarkę, ponieważ ta rozpoczęła z jej matką pracę psychoterapeutyczną. Zaleciła pani I. innego lekarza psychiatrę, który był według pani I. mało zaangażowany w jej problemy – z tego powodu przestała tam chodzić.
Pani I. wspomina matkę jako osobę zajętą sobą, skoncentrowaną na „własnej nerwicy”, najwyraźniej somatyzującą oraz przeżywającą stany dystymiczne. Z tego powodu również leczoną psychiatrycznie przy dużym zaangażowaniu pani I. W tym sensie „opuszczającą”, że prowokującą do zajmowania się nią w stanach wzmożonych napięć i załamań.
Ojciec pani I. – według relacji – podporządkowany matce, tłumiący złość, epizodycznie wybuchający gniewem, trudny w komunikacji, zamknięty w sobie, nastawiony zależnościowo do kobiet.

Diagnoza poziomu organizacji osobowości
Określenie poziomu organizacji osobowości jest szczególnie istotne. Osoba, której mechanizmy obronne bazują na rozszczepieniu i projekcji, inaczej będzie przeżywać opisywany tu dylemat oraz wymagać też będzie innej pracy.
Pani I. była zaangażowana, łatwo nawiązała relację terapeutyczną. W trakcie pracy potrafiła (gdy nie była zalana przeniesieniowymi emocjami) śmiać się z siebie i mieć dystans do swoich uczuć. Opis innych osób był wielowymiarowy, uwzględniający różne punkty widzenia, nie był oparty na projekcjach. Jej poczucie tożsamości było spójne, stabilne, zorganizowane. W obszarach dla niej konfliktowych autorefleksja była lekko upośledzona (obronnie), jednak można było polegać na jej zdolności do samoobserwacji. Samoocena była zaniżona. W obrazie klinicznym pojawiały się wolno płynące lęki i łagodne zaburzenia nastroju.
Mechanizmy obronne pani I. nie były oparte na rozszczepieniu. Miała dostęp do dojrzalszych sposobów radzenia sobie, takich jak humor czy tłumienie. Ponadto intelektualizowała, przemieszczała uczucia, używała projekcji neurotycznej. Diagnostycznie rzecz ujmując, pani I. prezentowała depresyjny styl funkcjonowania z obronami narcystycznymi i histerycznymi. W przeważającym obszarze funkcjonowała na neurotycznym poziomie organizacji osobowości.

Terapia
Trzy rzeczy mnie zaintrygowały w początkowym kontakcie z panią I. Po pierwsze jej wysiłek, by ustalić, czy ją pamiętam. Było dla niej szczególnie ważne to, czy rozpoznaję ją po głosie po dość długim czasie przerwy w pracy psychoterapeutycznej. Drugim było jej poczucie, gdy otwierałem z lekkim opóźnieniem drzwi do domofonu, że zapomniałem o niej i będzie stała pod drzwiami. Trzecim elementem było wrażenie, że po trzech spotkaniach diagnostycznych nie będę zainteresowany współpracą z nią i że ją odrzucę. Co jeszcze bardziej mnie zaintrygowało, towarzyszył jej nie tyle lęk czy smutek w związku z tym, a jakiś rodzaj irytacji i złości na mnie o to, że mógłbym jej nie pamiętać.
Model tworzenia relacji z innymi był powtarzalny, sztywny i nieprzystosowawczy. W niemal wszystkich relacjach, które omawialiśmy, pani I. była niezadowolona, sfrustrowana i zezłoszczona, natomiast druga strona w relacji – starająca się i bezradna. Złość i frustracja dotyczyła poczucia opuszczenia i nierozumienia jej, bycia daleko od jej odczuć. Pani I. wyrażała ją poprzez intensywny płacz przy dosyć charakterystycznej zamkniętej postawie ciała. Ten wzorzec relacji dotyczył męża, przyjaciela, szefowej w pracy, rodziców, psychiatry, która prowadziła ją i matkę, a także drugiej psychiatry. Byłem świadomy, że ten wzorzec pojawi się również na naszych spotkaniach.
Pani I. po ustaleniu kontraktu terapeutycznego (gdy obniżył się lęk przed odrzuceniem) zaczęła charakterystycznie zaczynać nasze sesje. Po ciepłym przywitaniu splatała ręce i nogi w zamkniętym geście, nerwowo poprawiała się na fotelu, zaczynała płakać. Była zezłoszczona i niezadowolona. Czasami ta postawa pojawiała się nieco później. Poprzedzała ją informacja, że ona nie może kontynuować, bo uważa, że to, co mówi, jest dla mnie „głupie”. Potrafiła wyłapać każdy moment mojej dekoncentracji, spojrzenie w inną stronę niż ona. Dla niej było to jednoznaczne – „przestaje pan o mnie myśleć”. Moją reakcją w tamtym czasie była wzmożona aktywność na sesjach – ewidentnie większa niż z innymi pacjentami. Mimo to pani I. nadal uważała, że nie jestem wystarczająco czujny bądź podążający za jej emocjami. Czasami przerywała wypowiedź, gdy zauważyła, że spojrzałem w okno (nie przestając jej słuchać). Zamykała się wtedy i płakała. Odkryłem, że potrafi być męcząca i to, że jest odrzucana, może się wiązać z tym, co nieświadomie wnosi. Paradoksalnie domaganie się atencji powodowało odwrotny skutek.
Objawy zakupoholizmu nasilały się. Rozumiałem to jako symboliczny ekwiwalent ciepłych uczuć, których jej brakuje. Nic nie jest w stanie zapełnić jej głodu uczuć, tak jak żaden „ciuch” nie jest w stanie wypełnić jej szafy.
Z czasem pani I. sama zaczęła złościć się na siebie i być świadoma tego, że wyolbrzymia sytuację. Było to ważne diagnostycznie, natomiast nie zmieniało sytuacji. Po jakimś czasie pani I. poszła na terapię rodzinną (jednocześnie kontynuowała terapię indywidualną – terapia rodzinna związana była z problemami wychowawczymi z jej córkami). Nieświadomie jednak szukała terapeuty bardziej rozumiejącego ode mnie. Wcześniej jeździła do homeopatki. W trakcie terapii miała zabieg chirurgiczny. Pojawiły się powikłania (głównie bólowe), których źródło chirurg zakwalifikował jako psychologiczne. Pani I. również chirurga przeżyła jako opuszczającego. Gdy mąż wyjeżdżał na delegację, ojciec pani I. przychodził do jej domu na noc (odsłania się tutaj edypalny fragment życia emocjonalnego pani I.). Ponadto ojciec był zaangażowany w opiekę nad wnukami. Mimo to był przeżywany przez panią I. jako niewystarczający i opuszczający.
W przeniesieniu pojawiał się obraz opuszczonego self pani I. oraz obojętnego terapeuty. Pierwsza część sesji, w której pani I. dużo mówiła (około 15 min) było jakby powiedzeniem: „Muszę Panu coś dać, bo na Pana nie mogę liczyć, jakbym nic nie powiedziała, to byśmy tak siedzieli”. Tym, co jawiło się jako wyparte, był fragment relacji z obiektem, w którym to ona była opuszczająca, odrzucająca i niezadowolona, a druga strona bezradna i zrezygnowana. Odtwarzał się naprzemiennie fragment skonfliktowanego życia emocjonalnego pani I. zorganizowany wokół potężnych życzeń i potrzeb.
Na terapii wspólnie z panią I. pracowaliśmy nad tym, by zobaczyła, że problemem nie jest to, że jest opuszczana przez bliskich, ale charakter jej pragnień i oczekiwań. Przytoczę tutaj fragment sesji, podczas której pani I. nazywa swój wkład w relację z innymi. Jest to sesja, kiedy skonfrontowałem ją z jej nieustannym niezadowoleniem z mojego niedostrajania się do jej uczuć. Pani I. nazwała to zmianą mojej postawy i skojarzyła z relacją z mężem:
„Pani I.: Tak sobie myślę, że mąż też zmienił swoją postawę, bo na początku był bardziej wyrozumiały i tak jak Pan teraz podobnie zmienił sposób mówienia i…, nie wiem jak to nazwać, prowadzenia sesji, i on też zmienił sposób. To potem spowodowało, że ja wycofałam się.
(...) Jak on był taki rozumiejący, to ja coraz bardziej przesuwałam granicę, nie doceniałam tego wcześniej, a jak on miał dość i zaczął... to ja musiałam przestać się rozckliwiać nad sobą bo... nie był taki wyrozumiały i wszystko, i zaczęło go denerwować – i to mnie postawiło do pionu – w sensie takiego rozmemłania – ja się zachowuję dużo lepiej w stosunku do męża niż kiedyś, bo kiedyś go bardziej wykorzystywałam swoimi zachowaniami. Ja się na niego obrażałam, nie odzywałam się, robiłam takie rzeczy.
Terapeuta: Jakby współodczuwanie z Pani poczuciem krzywdy Panią... demoralizowało?
Pani I.: Tak, bo to pozwala mi wejść na głowę tej drugiej osobie.
Terapeuta: Być może to jest trudnością w Pani relacjach z innymi.
Pani I.: Że…?
Terapeuta: To, co pani opisała.
Pani I.: Że oczekuję, że ktoś mi współczuje, a jak już dostaję, to wchodzę głowę.
Terapeuta: Zachłanność?
Pani I.: Nie, raczej przesuwanie granicy na ile…, nie wiem…, przychodzi mi na myśl, na ile mnie kocha i to mi przychodzi na myśl…
Terapeuta: Ale też to panią oddala od bycia kochaną.
Pani I.: No tak. I kiedyś mąż bardziej był zaangażowany…, ale powiedział potem, że jest zmęczony moim takim niezadowoleniem.
Starałem się pani I. pokazać, że być może nie wszystko pamiętam, ale jednak coś pamiętam. Być może się rozkojarzyłem na sesji, ale nadal jej słucham. Być może jest tak, że szefowa, delegując ją do zadania w pracy, w którym nie czuje się kompetentna, nie jest blisko jej uczuć lęku. Ale z drugiej strony, jest w tym jakiś rodzaj zaufania i wiary w nią, których ona sama nie dostrzega. Starałem się wskazać pacjentce, że sytuacja, gdy przychodziła do sypialni rodziców ich całować, a matka w pewnym momencie powiedziała jej: „Jesteś już na to za stara”, to nie jest to wyłącznie odrzucenie pacjentki, ale też uznanie jej dorosłości. Że być może pasmo odrzuceń, jakiego doświadcza, jest reaktywne względem jej niezaspokojonych uczuć, które są jak studnia bez dna. Że ma dwoje zdrowych dzieci, zaradnego męża, radzą sobie finansowo, jest wykształcona, czynna zawodowo i ma bliskie osoby wokół siebie i to jest duża wartość, jaką posiada. Czasami ten punkt widzenia pani I. kwitowała: „To co, jestem marudna i nie doceniam niczego?”. Miałem jednak wrażenie, że bardziej chce utrzymać klimat niezadowolenia i liczyć na moje starania, niż realnie odbiera mnie jako oskarżającego ją. Z czasem coraz bardziej przyjmowała ten punkt widzenia i rezygnowała z postawy roszczeniowej – ilustruje to fragment sesji:
Pani I.: Zobaczyłam Pana minę i Pan na początku nie wiedział, o czym ja mówię i to mnie zatrzymało mocno. „Boże, jakieś głupoty gadam albo Pan nie pamięta” i zaczęłam w tym wszystkim iść dalej. Więc przestałam na Pana patrzeć....

Artykuł jest dostępny dla zalogowanych użytkowników w ramach Otwartego Dostępu.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałów pokazowych.
Załóż konto Zaloguj się

Przypisy