Dołącz do czytelników
Brak wyników

Współpraca z...

22 marca 2018

NR 8 (Marzec 2018)

Poczucie winy rodziców dzieci z niepełnosprawnościami

0 279

Wyrzuty sumienia i rodzące się z nich poczucie winy są emocjami towarzyszącymi każdemu człowiekowi. Rodzice dzieci z niepełnosprawnościami są grupą, w której emocje te nader często przybierają wymiar patologiczny – rodzą się one w rodzicu z przekonania, że zrobił coś źle, dopuścił się zaniedbania lub zaszkodził własnemu dziecku, a skutkują wypaleniem sił, problemami w relacjach z innymi ludźmi, nierzadko także depresją.

Nie ma chyba rodzica dziecka z niepełnosprawnością, którego nie męczą wyrzuty sumienia, powodujące narastające poczucie bezwartościowości, bycia gorszym niż inni rodzice, wywołujące galop negatywnych myśli i pytań bez odpowiedzi:„Nie dałam/-em z siebie wszystkiego”, „Co mogłam/-em zrobić inaczej, lepiej?”, „Dlaczego nie zrobiłam/-em więcej? ”, „Jak mogłam/-em nie mieć siły, jak mogłam/-em nie wiedzieć, że…”.

Rodzice przyjmują na siebie narzucany przez społeczeństwo model rodzicielstwa martyrologicznego, w którym nie mają prawa do radości, samorealizacji, popełniania błędów i niedawania sobie rady z rzeczywistością. Jedynym prawem, jakie jest im dane, 
to prawo do bycia rodzicem poświęcającym się.

Matki, z którymi rozmawiałam, mówiły mi o byciu postrzeganymi jako matki Polki, omnimatki, które muszą wszystko udźwignąć, bo zostały „wybrane przez Boga”, mówiły także o „tradycji” przemocy wobec kobiet. Z drugiej zaś strony są ojcowie, którym także społecznie nie daje się prawa do słabości, emocjonalnego nieradzenia sobie w trudnych sytuacjach życiowych.

Oto kilka wypowiedzi: „Mam poczucie, że nie zrobiłam wszystkiego na czas, że już nie mam szans na lepsze funkcjonowanie mojego dziecka, że brakuje mi siły i nie wiem, skąd ją czerpać”, „Kiedy wychodzę gdzieś sama, zawsze mam wyrzuty, że ja się bawię, a moja córka nie”, „Gdy jest gorzej z M., nieraz myślę, że mam dość takiego życia, dość ciągłej opieki nad nim, dość zmęczenia i ciągłego odmawiania sobie wszystkiego. A potem zadręczam się, jak mogłam tak w ogóle pomyśleć o moim dziecku. Jak mogłam sobie w ogóle pozwolić na takie myśli”.

Gdyby każdy rodzic przed pojawieniem się w jego rodzinie dziecka niepełnosprawnego był z wykształcenia lekarzem (najlepiej od razu z kilkoma specjalizacjami), oligofrenopedagogiem, psychologiem, fizjoterapeutą, logistykiem, ekonomistą i mistrzem skoków na bungee, byłoby mu – być może – łatwiej odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Nie znam jednak takiego, który byłby do tej życiowej roli przygotowany w stu procentach – i od strony merytorycznej, i od strony emocjonalnej.

Wina i rozgrzeszenie

Na początku drogi z moim niepełnosprawnym synem wyrzuty sumienia męczyły mnie nieustannie – uważałam, że skoro jego stan był, jaki był, to w dużej mierze jest to moja wina – to na pewno ja nie zrobiłam absolutnie wszystkiego, co bym zrobić mogła i powinna. Przecież inne wcześniaki dają radę, wychodzą 
na prostą, żegnają się z niepełnosprawnością – pewnie dlatego, że mają absolutnie doskonałych rodziców. Tymczasem ja bywam zmęczona, miewam dość, miewam chwile załamania.

Pamiętam swoje koszmarne wyrzuty sumienia, gdy pierwszy raz pozwoliłam sobie i synowi na weekend bez rehabilitacji – najzwyczajniej w świecie emocjonalnie nie miałam już siły z nim ćwiczyć. W poniedziałek wyrzuty sumienia niemal mnie zabiły. Ale weekend był przecież taki piękny (aż wstyd i strach przyznać się 
do tego przed sobą i przed rehabilitantem). I gdy znowu poczułam, że emocjonalnie nie daję rady, pozwoliłam sobie na wolne – zrozumiałam, że to wolne było dla mojego dziecka i dla naszej rodziny sto razy lepsze niż praca na siłę, w nerwach. W tamtym czasie chciałam tylko dostać od specjalistów opiekujących się moim dzieckiem przyzwolenie na bycie niedoskonałą, nie słyszeć ciągle – musicie, musicie, musicie.

Jak odpuścić?

Z czasem nauczyłam się odpuszczać, gdy nie miałam już siły – chyba w odruchu samoobronnym. Nauczyłam się także nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Zrozumiałam, że pewnych rzeczy nie dam rady zmienić, trzeba je po prostu zaakceptować. Trzeba zaakceptować swoje dziecko, pogodzić się z jego niepełnosprawnością, inaczej człowiek zwariuje, spali się, zatraci i w pościgu za tym, co nieosiągalne, straci to, co najważniejsze – dzieciństwo swojego dziecka (a może nawet rodzinę), relację z nim i pielęgnowanie niewielu beztroskich chwil. Nie da się zmienić wszystkiego w swoim dziecku – ukształtować go tak, jak my, rodzice, byśmy tego chcieli, tak jak to sobie wyśniliśmy, jak to nasze wyczekane dziecko sobie wymarzyliśmy – a dotyczy to rodziców dzieci zarówno niepełnosprawnych, jak i zdrowych. Bo wyobrażenia my, rodzice, mamy wszyscy, tylko punkt odniesienia inny.

Poczucie winy rodziców dzieci niepełnosprawnych jest podsycane nie tylko przez społeczeństwo i rodzinę, lecz również przez specjalistów – lekarzy, terapeutów, nauczycieli. Pamiętam, jak w pierwszym roku życia syna słyszałam: „Musicie ćwiczyć, dużo ćwiczyć, bo w pierwszym roku życia można osiągnąć 100%, w drugim 90%, w trzecim już tylko jakieś 60%. A potem już naprawdę niewiele. Po szóstym roku życia już tylko podtrzymuje się efekty tego, co się osiągnęło ciężką pracą do tego czasu”. Który rodzic nie da z siebie wszystkiego, gdy usłyszy takie słowa? Który nie będzie miał wyrzutów, że nie daje rady – w końcu przez jego niedoskonałość dziecko traci szanse na zdrowie, na wyjście z niepełnosprawności – tak mu do głowy wkładają specjaliści...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Psychologia w praktyce"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy