Dołącz do czytelników
Brak wyników

Współpraca z...

29 maja 2018

NR 9 (Maj 2018)

Odtruj umysł! Walka z uzależnieniem w buddyjskim klasztorze

0 49

Odtruj umysł! Walka z uzależnieniem w buddyjskim klasztorze to fragmenty książki Wgląd. Buddyzm, Tajlandia, ludzie będącej relacją z podróży i życia w buddyjskich klasztorach Tajlandii polskiego psychologa i trenera mindfulness Tomasza Kryszczyńskiego. Książka opisuje bezpośrednie doświadczenie praktyki duchowej, której korzenie sięgają tysięcy lat. Przedstawia współczesny i dawny buddyzm, współczesną i dawną Tajlandię. Publikowane fragmenty ukazują wyjątkowy klasztor, w którym mnisi w oparciu o tradycyjne metody pomagają tysiącom ludzi uwalniać się od uzależnienia. (tytuł i śródtytuły dodane dla celów niniejszej publikacji).

Stoję przy drodze gdzieś między Lopburi a Saraburi w centralnej Tajlandii. Wokół mnie nic poza polami ryżowymi. Kierowca autobusu, z którego przed chwilą wysiadłem, zapomniał o mnie i moim przystanku. Gdy mu o sobie przypomniałem, zrobił coś w rodzaju „Ooooooo! ” i zatrzymał natychmiast autobus. Z tego, co zrozumiałem, byłem jakieś 20 kilometrów za celem mojej podróży – klasztorem Thamkrabok. Nie pozostało nic innego, jak założyć plecak i ruszyć wzdłuż drogi. W najgorszym przypadku dotrę do klasztoru 
na piechotę wieczorem, w najlepszym złapię coś na stopa.

EAST-WEST DETOX 

O Thambkrabok dowiedziałem się wiele lat temu w Anglii. Przypadkowa rozmowa z przypadkową osobą. Mój rozmówca okazał się człowiekiem pracującym dla East-West Detox, charytatywnej organizacji stawiającej sobie za cel walkę z narkomanią. Ponieważ w Polsce przez kilka lat zajmowałem się problemem uzależnień, szybko znaleźliśmy wspólny, interesujący nas temat. Ja mówiłem o polskich, długoterminowych programach walki z narkomanią, on o East-West Detox. Dwa całkowicie różne podejścia i ten sam cel.
East-West Detox założony został w 1997 roku. Ułatwia osobom uzależnionym z Wielkiej Brytanii przejście przez program realizowany w Thamkrabok, któremu od 1959 roku poddało się ponad 100 000 osób. Program uważany jest za bardzo skuteczny, w pełni oparty na naturalnych środkach, łączący leczenie ciała i umysłu. Jego podstawę stanowi buddyzm i tradycyjna medycyna tajska, prowadzony jest przez buddyjskich mnichów, poddać mu się jednak mogą wszyscy, niezależnie od religii, pochodzenia, płci.
Mój rozmówca z biblioteki, na wszelki wypadek, gdybym chciał zgłębić temat wychodzenia z uzależnień w oparciu o naturalne metody, dał mi adres do Thamkrabok.

Tajlandię zalewają narkotyki 

Szerokim strumieniem płyną głównie z Birmy, Kambodży, Chin i Laosu. Przemytem opium zajmują się w równym stopniu mieszkańcy górzystych terenów Tajlandii, jak i Birmy. Są biedni i zdeterminowani. Robią to, co robili ich rodzice, dziadowie i pradziadowie. Żyją w obrębie Złotego Trójkąta rozpościerającego się na przestrzeni blisko miliona km2, obszaru północnej Tajlandii, Birmy, Laosu i Wietnamu. To tutaj produkowano przez dziesięciolecia największą ilość heroiny na świecie. Dopiero w ostatnich latach centrum światowej produkcji tego narkotyku przeniosło się do wyniszczanego nieustającymi walkami Afganistanu.
Jednak to nie opiaty są obecnie najczęściej używanym narkotykiem w Tajlandii. Wyparła je metaamfetamina. Każdego roku konfiskowane są miliony tabletek tego narkotyku, mimo to ich spożycie wzrasta.
W Tajlandii za najmniejszą ilość nielegalnych narkotyków można trafić za kratki. Przyłapanie na paleniu marihuany grozi ciężkim więzieniem. Za przemyt niewielkiej, jak na warunki europejskie, liczby tabletek ecstasy skazuje się tutaj na śmierć. W kampanie antynarkotykowe angażują się nawet członkowie rodziny królewskiej, policja organizuje obławy i szczyci się licznymi sukcesami w walce z przemytem substancji uzależniających, wydaje się kolejne środki na przeciwdziałanie narkomanii. Nie wpływa to jednak na razie na spadek liczby narkomanów. W 2007 roku było ich w Tajlandii 470 000, w 2011 – już 1 400 000.

Siedmiu przy betonowym korycie

Naprzeciwko mnie klęczy wzdłuż betonowego koryta siedmiu ubranych tylko w kraciaste sarongi mężczyzn. Każdy z nich musi wypić wiadro wody, która rozcieńcza mocny środek wymiotny, mający oczyścić ich ciała. Rozlega się głośny śpiew, tych, którzy mają to już za sobą. Uczestniczą w ceremoniale, aby pomóc, wesprzeć, pokazać, że można to przejść. Jest ich kilkunastu. Śpiewają, grają na bębnach, klaskają. Środek wymiotny zaczyna działać. Mężczyźni w sarongach wymiotują, piją wodę, wymiotują, znowu piją i znowu wymiotują. Niektórzy z nich wpychają sobie palce do gardeł, aby pobudzić swoje ciała do wyrzucenia z siebie wszystkiego, co w nich zalega. Widzę, co robią, szczęśliwie prawie ich nie słyszę, gdyż muzyka i śpiew zagłuszają wydobywające się z nich odgłosy. Jedni nadal klęczą, inni wstają, co pomaga im w przyjmowaniu i wypluwaniu z siebie płynu, ktoś pada na plecy, jest wycieńczony.
Tuż obok są mnisi w brązowych szatach. Część z nich jeszcze niedawno przechodziła to samo. Poznali przez własne doświadczenie to, czego doświadcza teraz siedmiu mężczyzn w sarongach. Wspierają, motywują, radzą. Co jakiś czas odgłosy torsji przebijają się przez uderzenia w bębny.
W końcu wiadra opróżniają się, sesja dobiega końca. Każdy z mężczyzn wypił i zwrócił około 10 litrów płynu w ciągu niespełna 30 minut! Muzyka cichnie, wszyscy rozchodzą się.

Niepokój w czystym pokoju

W Thamkrabok mieszkam sam w wielopokojowym budynku. Spałem już w szałasach, chatkach, jaskiniach, w wieloosobowych pokojach z klockiem pod głową zamiast poduszki, pod gołym niebem, w domkach na wodzie z rybami przepływającymi pod podłogą. W najróżniejszych miejscach. Jednak tylko raz czułem się tak jak tutaj. Jest we mnie dziwny niepokój, gdy wchodzę do mojego pokoju. Powtarza się to prawie za każdym razem, niezależnie od pory dnia. Ten jeden raz, gdy odczuwałem podobne wrażenia, zdarzył się w Mieście 10 000 Buddów w Kalifornii, olbrzymim, chińskim kompleksie monastycznym, w którym mieszkałem przez kilka dni pod koniec lat 90. Wtedy także nie mogłem z niczym konkretnym powiązać moich odczuć. Pokój był czysty, cały do mojej dyspozycji, nikt nie przeszkadzał mi w czytaniu, pisaniu, wypoczynku. A jednak coś wywoływało mój niepokój. Później dowiedziałem się, że w przeszłości budynek, w którym spałem, był częścią szpitala psychiatrycznego. Czy w jakiś sposób mury tamtejszego budynku „nasiąknęły” cierpieniem ludzi leczących się w szpitalu? Czy jest to w ogóle możliwe? Co wzbudza mój niepokój tutaj, w wygodnym pokoju klasztoru Thamkrabok? Ból, bezsilność, lęk, koszmary, złość ludzi chcących zerwać z czymś, bez czego przez lata nie potrafili żyć?

THAMKRABOK, czyli jaskinia nauczania

Gdy przybyłem do Thamkrabok, co z tajskiego tłumaczy się jako Jaskinia Nauczania, program terapeutyczny przechodziło siedmioro Europejczyków oraz kilkudziesięciu Tajów. Poza uzależnionymi, w klasztorze mieszkało około 100 mnichów i 20 mae chee. Spośród 120 mnichów i mae chee mieszkających w Jaskini Nauczania tylko część zajmuje się walką z uzależnieniami. Pozostali poświęcają się innym projektom związanym z życiem monastycznym oraz dalszą rozbudową olbrzymiego kompleksu klasztornego.
Thamkrabok zaskoczyło mnie swoim wyglądem. Przyzwyczajony do pięknych, mieniących się intensywnymi barwami miejskich klasztorów z ich złotymi stupami i świątyniami o wysokich, zakrzywionych, kolorowych dachach oraz klasztorów leśnych, gdzie proste, często drewniane budynki otoczone dżunglą i polami ryżu połączone są ze sobą wstęgami ścieżek pracowicie uwalnianymi każdego dnia z nieustannie zasypujących je liści, zostałem przytłoczony w Jaskini Nauczania przez potężne, szare, kilkunastometrowe posągi Buddy oraz liczne, rozrzucone po całym terenie, smutne budowle, robiące wrażenie wzniesionych byle jak i byle gdzie.
Do realizacji programu wydzielona jest mała część całego kompleksu klasztornego. Członkowie terapeutyzowanej wspólnoty spędzają większość czasu w zamkniętej strefie, gdzie śpią, jedzą i przechodzą przez poszczególne elementy programu, którego podstawą jest założenie, 
że zwalczanie uzależnienia wymaga odtrucia zarówno ciała, jak i umysłu. Odtruwanie ciała oparte jest na tradycyjnej medycynie tajskiej. Każdy z uczestników programu musi przez pięć pierwszych dni pobytu w klasztorze przyjmować raz dziennie ziołowy środek wymiotny, co prowadzi do codziennych, zbiorowych torsji podczas ceremoniału „przy betonowym korycie”. Poza środkiem wymiotnym pacjenci przez cały okres terapii trwającej minimalnie 10, maksymalnie 28 dni otrzymują ziołowe tabletki oraz piją również ziołowy wywar. Zarówno tabletki, jak i wywar mają oczyszczać i wzmacniać organizm. Wszystkie naturalne substancje stosowane w Thamkrabok są również tutaj przygotowywane, a ich skład jest ściśle strzeżoną tajemnicą.
Ostatnim ze stosowanych w klasztorze elementów, mających odtruwać ciało, jest tradycyjna sauna tajska, w której każdego dnia uczestnicy programu wypacają toksyny zgromadzone w ich ciałach.

SAUNA

Jestem zaproszony do sauny. Skoro nie chcę na próbę zwymiotować 10 litrami płynu do koryta, co zostało mi w ramach gościnności zaoferowane, skoro nie chcę nawet herbaty przyrządzanej specjalnie tak, aby odtruwała ciała narkomanów, co również zostało mi zaoferowane, to może skorzystam z sauny? Robię to z wielką przyjemnością. Uwielbiam saunę. Fińską, rosyjską, turecką, kamienną, suchą, każdą! A tradycyjnej, tajskiej próbowałem tylko w Wat Pah Nanachat. I byłem zachwycony. Ale Tahmkrabok to nie Wat Pah Nanachat.
Sauna tutaj to odrapany, biało-zielony mały budynek. W nim i na zewnątrz niego tłoczy się kilkudziesięciu leczących się narkomanów i alkoholików. W kraciastych sarongach, w różnym wieku, z różnych części świata. Mnich, który mnie tutaj przyprowadził, olbrzymi, gruby farang z wielkim, wytatuowanym na ramieniu Indianinem z amerykańskich prerii, prosi, abym poczekał na zakończenie przez uzależnionych ich sesji w saunie. Czekam i patrzę. Na kłębiących się ludzi, na to, jak rozmawiają, jak wchodzą i wychodzą z sauny. Niektórzy się uśmiechają, żartują. Jednak większość wygląda na zmęczonych, pozbawionych energii. Wielu ma wytatuowane ciała. Niektórzy tylko kończyny, inni pokryli tradycyjnymi, tajskimi motywami większą część swojej skóry. Takie tatuaże mają chronić przed niebezpieczeństwami, przynosić szczęście.
W końcu, w szeregu, blisko trzydziestu uzależnionych oddala się z sauny. Przychodzi moja kolej. Ściągam rzeczy, oplatam się ręcznikiem i wchodzę. Całe maleńkie pomieszczenie jest w parze. Prawie nic nie widzę. Stoję, bo nie wiem, gdzie się ruszyć. Z opa...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Psychologia w praktyce"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy