O moich trudnościach w pracy z osobami uzależnionymi

Studium przypadku

Czy pomagam pacjentom na tyle skutecznie, aby „stawali po swojej stronie”, a nie „po stronie swojej destrukcji”?
Przypominam sobie stwierdzenie wypowiedziane przez mojego superwizora, że wszyscy pacjenci z uzależnieniami mają podstawową trudność w redukcji stresu i napięcia. Trudność ta w sposób bezpośredni przekłada się na odczuwanie głodu substancji i/lub zachowania, od którego są uzależnieni. Po latach pracy odkryłam, że pacjenci uzależnieni – oczywiście nie tylko oni – mają również swoistą skłonność do budowania napięcia w swoim otoczeniu. Moją trudnością było – i nadal jest – towarzyszenie im w tym i jednoczesne monitorowanie swojego napięcia.

Zaakceptowanie, że w mojej pracy są rzeczy ważniejsze niż mówienie prawdy

Pamiętam, jak trudno było mi przyjąć tę formułę, kiedy wypowiedział ją jeden z moich wykładowców w czasie zdobywania przeze mnie kwalifikacji do zawodu terapeuty. Z jednej strony wprowadziła mnie ona w inny/nowy świat, gdzie nie uznaje się mówienia prawdy jako wartości nadrzędnej i absolutnej, z drugiej strony wzbudzała lęk i niepewność o to, czy będę miała dostęp do tego czegoś – „ważniejszego niż prawda” – w pracy z pacjentem. Czy będę umiała się powstrzymać przed użyciem „mojej prawdy konfrontacyjnej”, czyli – mówiąc wprost – czy uda mi się pohamować moją agresję w pracy z pacjentem?
Myślę, że stawianie sobie granicy w pracy z pacjentem uzależnionym było dla mnie dużym wyzwaniem. Zdawałam sobie sprawę, że manipulowanie prawdą, czyli kłamanie, jest najbardziej powszechnym mechanizmem obronnym osób zmagających się z problemem uzależnienia. Z drugiej strony miałam świadomość, że sposób myślenia osoby uzależnionej jest uwarunkowany przez mechanizm iluzji oraz zaprzeczeń i w związku z tym myśli ona, że cierpi w życiu nie przez te zachowania, od których jest uzależniona. W tym sensie bardzo kuszące było dla mnie konfrontowanie pacjenta z zasadą rzeczywistości, czyli – mówiąc najprościej – „wyzwalanie/wyprowadzanie go z cierpienia”. Tak samo proste, jak i naiwne.
Dodatkowo, nie pomagała mi definicja trzeźwości psychicznej, w której określano trzeźwość jako „pełen i adekwatny kontakt z rzeczywistością taką, jaką ona jest”. Mój imperatyw w myśleniu: „pacjent ma trzeźwieć” (co uznawałam za główną wartość w pracy z osobami uzależnionymi) otwierał furtkę do dyrektywnej formy pracy z pacjentem, a jednocześnie był sposobem na radzenie sobie z moim lękiem i niepewnością jako początkującej terapeutki.
Pamiętam z tego okresu moje zachowanie wobec pacjentki, które uznałam za swój mały sukces. Osoba ta usprawiedliwiała swoją dwukrotną nieobecność na grupach terapeutycznych, które odbywały się w ośrodku, twierdząc, że nie mogła przyjść, bo miała w tym czasie dwa pogrzeby w rodzinie (dzień po dniu, wieczorem). Mimo że cisnęło mi się na usta: „trudno w to uwierzyć”, to jednak udało mi się powstrzymać od komentarza na ten temat i przyjąć jej usprawiedliwienie zwięzłym „OK”.
Niewątpliwie pomogło mi również to, co uświadomiłam sobie podczas mojej własnej psychoterapii i co mnie zawstydzało, a mianowicie – mówiąc językiem potocznym – „ile agresj...

pozostałe 90% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.

Przypisy