Dołącz do czytelników
Brak wyników

Współpraca z...

19 lutego 2018

NR 7 (Styczeń 2018)

To, jak mówisz, ma znaczenie
Rzecz o zdrowej semantyce w komunikacji z pacjentem

0 417

Trudno zliczyć rozmowy na oddziale onkologii przebiegające według tego lub podobnego scenariusza. Wielu pacjentów, namówionych na leczenie przez rodzinę czy lekarza prowadzącego, nie przemyślało szczerze „za” i „przeciw” leczeniu. Nawet ci z chorych, którzy chcą się leczyć, rzadko zastanawiają się nad własną odpowiedzialnością za proces zdrowienia. Pacjent powtarzający sobie i innym, że „musi” pozostać w szpitalu czy przyjąć leczenie, jest już na wstępie negatywnie nastawiony do wszystkiego, co dzieje się w tym obszarze. Każdy dodatkowy objaw czy działanie niepożądane interpretuje jako potwierdzenie swojego przekonania.

Poniższe rozważania i wskazówki oparte są na wnioskach, jakie Alfred Korzybski (inżynier, filozof, logik, twórca semantyki ogólnej, założyciel Międzynarodowego Towarzystwa Semantyki Ogólnej), dr Maxie C. Maultsby Jr. (psychiatra, twórca Racjonalnej Terapii Zachowania) oraz dr O. Carl Simonton (radioterapeuta, jeden z pionierów psychoonkologii, twórca Terapii Simontonowskiej) pozostawili po latach swojej pracy, a także na doświadczeniach autorki ze spotkań z pacjentami onkologicznymi na oddziale stacjonarnym i podczas turnusów terapeutycznych.

 

Wszyscy znamy ten scenariusz: 
po przeprowadzonej rozmowie wielokrotnie wracamy myślami do minionej sytuacji, zastanawiając się, co mogliśmy powiedzieć inaczej: 
– Gdybym tylko pamiętała, żeby wspomnieć… 
– Gdybym użył innych słów… 
– Ale bym mu teraz powiedziała… 
Te i inne sformułowania wyrażają powszechną wiarę w to, że słowa, jakich używamy, i sposób ich wypowiadania może mieć wpływ na ludzi i ich reakcje. Sami czujemy, jak skierowane do nas słowa zostają czasami w pamięci na lata, budząc żywe wspomnienia i uaktywniając na nowo emocje.

 

W szczególny sposób nabiera to znaczenia w sytuacji profesjonalnego kontaktu psychologa z pacjentem chorym onkologicznie (lub szerzej – somatycznie – zasady omówione w niniejszym artykule są uniwersalne) – wszędzie tam, gdzie głównym narzędziem pracy jest rozmowa złożona z konkretnych słów, wyrażeń i sformułowań. Niemniej ważny jest również dialog wewnętrzny – choć jesteśmy przekonani, że nasze słowa mają wpływ na drugiego człowieka, rzadko zwracamy uwagę na to, jak stosowany przez nas język wpływa na nas samych. Tymczasem negatywne nawyki językowe wpływają na nasze zdrowie emocjonalne – warto więc, aby profesjonaliści byli uważni na słowa, których używają i by zwracali uwagę na negatywne sformułowania używane przez pacjentów.

Etykieta ważniejsza niż obiekt

Zdrowy ludzki mózg jest ślepy. Nie widzi rzeczywistości – opiera się na samych spostrzeżeniach i opisach. Potrafimy wyobrazić sobie coś bez udziału bodźców z zewnątrz (nietrudno zobaczyć w wyobraźni słoneczną plażę – nawet w najbardziej pochmurny dzień). Możemy przy tym całkowicie ignorować rzeczywistość (choć w przyrodzie nie odkryto dotąd istnienia różowych słoni wystrojonych w muszki i trampki, potrafimy o takim pomyśleć), a wyobrażone przez nas obrazy mogą wpływać na reakcje fizjologiczne (ślinianki pobudzone wyobrażeniem cytryny) i zachowanie (choć tylko wyobrażam sobie, że lecący nade mną samolot spada, odwracam wzrok). W jaki zaś sposób tworzą się nasze wyobrażenia? Otóż poprzez język, którego używamy do opisu rzeczywistości – mózg przetwarza nasze słowa w mentalne obrazy, które tworzą wewnętrzną rzeczywistość – i to ona jest dla naszego mózgu ważniejsza niż to, co faktycznie dzieje się „na zewnątrz”. 

Na złość babci…

…Odmrożę sobie uszy – któż z nas co najmniej kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset razy w życiu nie postępował w myśl tej maksymy? Przymus, poczucie zagrożenia karą bywa najgorszym motywatorem, zagraża jednej z najbardziej cenionych przez człowieka wartości – wolności wyboru. Słysząc skierowane w naszą stronę „musisz”, automatycznie buntujemy się i – przynajmniej początkowo – postanawiamy zrobić rzecz dokładnie odwrotną niż nakazywana. Równocześnie próbujemy motywować samych siebie, zwłaszcza do nielubianych, wymagających wysiłku czynności czy obowiązków, mówiąc sobie „muszę iść do pracy”, „muszę schudnąć”, „muszę zdrowo się odżywiać”.

 

– Wie pani, pani psycholog, ja nienawidzę tej chemii.
– Dlaczego?
– Strasznie długo leci, wolałabym iść do domu.
– Ale mimo to jest pani tutaj. Dlaczego?
– No, wie pani, przecież muszę się leczyć.
– No dobrze, a co się stanie, jeśli nie weźmie pani chemii?
– Pewnie choroba będzie szybko się rozwijać.
– OK, ale przecież mimo to może pani zrezygnować z leczenia. Są osoby, które mimo ryzyka się na to decydują.
– No tak, ale ja chcę się leczyć, ufam współczesnej medycynie i chcę wykorzystać szansę na zdrowie.

 

Czy naprawdę „muszę”?

Jesteśmy wszyscy – lekarze, psychologowie, pacjenci – przyzwyczajeni do ukrywania za słowem „muszę” swoich preferencji i wyborów. Kiedy mówimy „nie mogę się z tobą spotkać, muszę zrobić zakupy”, przerzucamy odpowiedzialność za nasze wybory na zewnętrzne okoliczności. Nie oznacza to, że dokonujemy wyborów błędnych, a jedynie tyle, że z różnych powodów wolimy przekazać odpowiedzialność za nie w ręce bliżej nieokreślonej siły.

Co się dzieje, kiedy pacjent zmienia – na razie tylko semantycznie – „muszę się leczyć” na „chcę się leczyć”?

Po pierwsze zmienia perspektywę – chemioterapia przestaje być wrogiem na siłę wlewanym w żyły czy przykrym obowiązkiem, za niespełnienie którego grozi kara. 

Po drugie zmienia się poziom współodpowiedzialności pacjenta za leczenie – skoro chce brać chemię, to nielogiczne byłoby zagrażać jej potencjalnym efektom przez niestosowanie się do pozostałych zaleceń lekarskich. 

Po trzecie zmienia się nastrój pacjenta – kiedy robię to, co chcę, zamiast tego, co muszę, czuję się lepiej, prawda? 

Po czwarte w końcu chęć (motywacja wewnętrzna) jest silniejszym motywatorem niż przymus (motywacja zewnętrzna) – nawet, jeśli pacjent doświadcza nieprzyjemnych skutków ubocznych chemioterapii, może lepiej sobie z nimi radzić. Jeśli pacjent jasno widzi własne argumenty potwierdzające wartość leczenia, będą one grały kluczową rolę przy ewentualnym rozważaniu decyzji o zaprzestaniu terapii.

Oczywiście faktem jest, że nie zawsze pacjent chce poddać się np. chemioterapii – robi to ze względu na prośbę rodziny czy inne ważne dla niego powody. Wtedy jednak nadal nie musi, a jedynie wybiera dane działanie – przesunięcie akcentu z przymusu na wybór oddaje pacjentowi poczucie wolności i samostanowienia, nawet jeśli wybiera on spośród dwóch niechcianych opcji. Wybranie leczenia daje też pacjentowi bezpieczną furtkę – w każdej chwili może on zmienić swój wybór, jeśli uzna, że przemawiające za nim argumenty zmieniły wartość.

Myśl pozytywnie!

Myślenie pozytywne – choć lepsze od negatywnego – jako slogan jest zmorą współczesności. W sytuacji wyzwania, jakim jest choroba, pacjent zewsząd bombardowany jest radami polecającymi koncentrację na chęci wyzdrowienia. Pozytywne myślenie nagminnie mylone jest ze zdrowym optymizmem i nadzieją – podczas gdy pierwsze wywiera presję i każe negować rzeczywistość, ostatnie sprzyjają zdrowieniu i zaangażowaniu mimo niekorzystnej sytuacji.

Wielu pacjentów w swoim przekonaniu nie tylko „musi” poddać się leczeniu. Ten „przymus” względnie łatwo obalić szybką rozmową w duchu dialogu sokratejskiego. W przestrzeni szpitalnej pojawia się jeszcze jedno niebezpieczne „muszę”, powtarzane jak mantra zarówno przez rodziny chorych, jak i przez nich samych: „pani psycholog, ja się nie załamuję, myślę pozytywnie, ja MUSZĘ wyzdrowieć!”. 

„Muszę” nie jest zmorą wyłącznie pacjentów – również personel nagminnie nadużywa tego sformułowania. „Muszę znaleźć rozwiązanie”, „musimy wykonać dodatkowe badania” czy w końcu „musimy mu pomóc” – te i podobne sformułowania nie tylko zwiększają poziom stresu personelu i utrudniają efektywne skupienie się na działaniu (wiemy przecież, że w długotrwałym stresie mózg – po początkowej mobilizacji – przestaje pracować na wysokich obrotach), ale sprzyjają rozwojowi wypalenia zawodowego. Na zdrowie pacjenta ma wpływ wiele czynników, a odpowiednie działania podejmowane przez lekarza to zaledwie część z nich. Choć więc korzystanie ze zdobyczy medycyny ma realny wpływ na zdrowie pacjenta, nawet najlepszy profesjonalista nie ma całkowitej kontroli nad przebiegiem leczenia, nie mówiąc już o przeżyciu pacjenta.

Obydwie wspomniane perspektywy – pacjenta i personelu – łączy wspólny mianownik: przywiązanie (ang. attachment) do rezultatu, czyli powszechne przekonanie, że świat ma zawsze działać zgodnie z naszymi planami i wizjami. Taka postawa prowadzi często do rozczarowania i wypalenia: zmęczeni profesjonaliści przestają wierzyć w sens swojego zaangażowania, pacjenci zaś – kiedy leczenie nie przynosi oczekiwanych rezultatów – załamują się i rozważają rezygnację z konwencjonalnych metod. W obliczu rozczarowania wynikiem kusząca wydaje się druga skrajność: oderwanie się (ang. detachment) od rezultatu. Zarówno pacjent, jak i lekarz mogą wtedy prezentować postawę wyrażającą się w słowach: „Mam dosyć, już mnie to nie interesuje i tak nic ode mnie nie zależy, więc nie ma sensu się angażować”. Takie podejście teoretycznie chroni przed emocjonalną huśtawką, jednak równocześnie paraliżuje działanie i sprawia, że realnie korzystne opcje mogą zostać odrzucone. 

Czy jest więc trzecia droga?

Na szczęście tak – nieprzywiązanie do wyniku (ang. non-attachment) pozwala zbilansować autentyczne (również emocjonalne) zaangażowanie ze zdrowym dystansem. Nie tracąc z oczu celu, ze świadomością własnych planów i pragnień zarówno pacjent, jak i lekarz mogą skupić się na działaniu „teraz”, akceptując równocześnie fakt, iż sprawy mogą przybrać inny obrót niż przewidywany czy poż...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Psychologia w praktyce"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy