Agata Norek: Po raz pierwszy trafiłam do Kliniki w Davos dziewięć lat po wypadku. W 2013 roku jechałam na rowerze i zostałam potrącona przez ciężarówkę. Miałam bardzo poważne obrażenia.
REKLAMA
Angelika van de Kraatz: Skala obrażeń była tak ogromna, iż właściwie to cud, że przeżyłaś. W Twojej dokumentacji czytamy, że miałaś 17 złamań!
AN: A także urazy w jamie brzusznej: miałam rozerwany żołądek, jelita, śledzionę, przeponę. Przeszłam 16 operacji. To była walka o życie. Kiedy trafiłam do Waszej kliniki, ciało było w zasadzie wyleczone. Miałam niby „tylko” (!) jeden, bardzo uciążliwy objaw: zaburzenia snu. I nie wiedziałam, co się za nim kryje. Ani ja, ani lekarze czy psychoterapeuci, u których przez dziewięć lat szukałam pomocy, nie rozumieli dokładnie, gdzie leży problem. Aż znalazłam się w Klinice w Davos, gdzie było całkiem odmienne podejście do traumy i osób, które jej doświadczyły.
AK: To podejście zainicjowała jej twórczyni i ordynatorka, psychiatra i antropozofka. Zbudowała interdyscyplinarny zespół złożony z psychiatry, psychologa, pielęgniarzy; zaproszono do niego także mnie, osteopatkę. Jak zakładaliśmy, pacjentów po traumie trzeba leczyć inaczej; trzeba im stworzyć możliwość, by doświadczali oni swoich traum, ujawniali je, rozpoznawali, aby potem mogli z nimi konkretnie pracować. To zupełnie odmienne podejście niż tylko podawanie leków i uspokajanie pacjenta, co niestety, nadal często bywa standardem w innych klinikach.
Ludzie przyjeżdżają do nas z wielowarstwowymi problemami. Poza samym wypadkiem, jak u Ciebie, istnieje wiele poziomów związanych z tym, co taki wypadek ze sobą niesie. Z dnia na dzień człowiek zostaje wyrwany ze swojego życia, ktoś decyduje za niego. Po traumie pozostaje blizna, nie tylko ta fizyczna, ale także psychiczna, którą nosi dusza. Tego nie można zignorować.
AN: Jak odkrywasz te psychiczne blizny?
AK: W pracy z pacjentami można zauważyć: kolano jest zdrowe, funkcja przywrócona, mięśnie w porządku – a mimo to pacjent nie czuje się w pełni dobrze. Coś zostaje coś w tle. Zastanawiam się wtedy: co to jest? Czym jest ta głębsza warstwa i historia?
W ostatnich latach rozwija się psychosomatyka. Wiemy, że psychika wpływa na ciało ze wszystkimi objawami i doświadczeniami. Naszym zadaniem jako fizjoterapeutów, psychiatrów, a w szczególności osteopatów jest ustalenie: czy problem jest fizyczny – czy też wchodzimy w obszar psychiczny i on jest równie ważny. Jak podkreślamy, trzeba jednocześnie leczyć ciało, ducha i umysł. Ustalić, czy pacjent jest bardziej obciążony psychicznie, czy też pozostały aspekty fizyczne, którymi trzeba się zająć.
To działa w obie strony: czasem wydaje się, że bark jest w porządku, a pacjent ma tylko psychiczne problemy. Lecz tomograf wykazuje, że bark był znacznie bardziej uszkodzony niż początkowo sądzono. Albo odwrotnie, lekarze skupiają się na barku, który boli, choć mechanicznie wszystko jest ok, a chodzi o nawarstwione problemy psychiczne. To historie, z którymi pacjenci trafiają do kliniki. Zadaniem terapeutów i lekarzy jest rozłożenie tych historii na części, praca na różnych poziomach, a następnie „zszycie” pacjenta tak, aby mógł wrócić do domu, do swego życia. I rozumiał, co jest powodem na przykład tego, że nie może spać…
AN: W moim przypadku ciało było dosłownie wciągnięte w tę historię. Lecz jak się okazało, gdy przyjechałam do kliniki, nie chodziło już o tkankę w sensie mechanicznym, ale o ogromną emocjonalność, nieprzepracowane historie ze szpitali, z kolejnych operacji, z samego miejsca wypadku. Pomogliście mi to wszystko otworzyć, przetworzyć.
Powiedziałaś, że rozpoznajesz, kiedy coś jest mechaniczne, a kiedy kończy się mechanika, a zaczyna poziom ducha i umysłu… Jak to działa w praktyce?
AK: Na zdjęciu rentgenowskim często wszystko wygląda dobrze, wszystko pasuje: rana jest zamknięta, płyta dobrze zamontowana i kość zrośnięta. Dla lekarza medycyny konwencjonalnej leczenie jest zakończone, ale nie dla pacjenta. Uraz zostawia też ślady w tkance psychicznej i tego nie jesteśmy w stanie zobrazować. Emocjonalność tkanki – czyli to, czego ktoś doświadczył – jest niewidoczna.
AN: I tu wkracza osteopata.
AK: Założyciel osteopatii, Andrew Taylor Still, powiedział kiedyś: „Tkanka ci to opowie”. Chińczycy praktykowali to długo przed nami. W zachodnim świecie polegamy na rentgenach i tomografach; zapomnieliśmy zaś, jak można to odczuwać, dotykać, widzieć rękami…
AN: A Ty dotykasz i widzisz, czasem nawet bez mówienia. Powiedziałaś, że nie leczysz kolan czy ramion, lecz ludzi. Byłam pod twoimi rękami i szybko to poczułam. Spotkałam różnych osteopatów – nie da się tego porównać. To jak w przypadku pianistów: dwóch siada do tego samego instrumentu, ale brzmi on zupełnie inaczej.
AK: Jeśli osteopata tysiące razy dotykał ludzi, to swym wyczuciem, wiedzą i doświadczeniem rozpoznaje: ta tkanka zregenerowała się na tyle, że mechanicznie działa, ale wewnętrznie wciąż nie została zadbana. Emocje związane z wypadkiem nie zostały przetworzone.
Bo w pierwszym momencie chodzi o przetrwanie, przeżycie. Pacjent przechodzi kolejne operacje i nie może wtedy współdecydować: „Tak, chcę to teraz zrobić, albo tego nie chcę.” Lekarze decydują o nim, za niego, by przeżył. Ale z czym się wiążą takie przeżycia? I co się dzieje, gdy brakuje późniejszego przepracowania emocjonalnego?
AN: Długo byłam jak zamrożona, martwa psychicznie. To jest ta pozytywna strona traumy, bo w tamtym momencie pozwala przeżyć. Ale zagrożenie mija, a człowiek pozostaje w tym zamrożeniu.
AK: I w tym stanie wraca do domu, probując jakoś funkcjonować. A po latach trafia do kliniki, przychodzi z jednym objawem, całkowicie oddzielonym od tego, co się wydarzyło - w twoim przypadku były to zaburzenia snu.
AN: Wystarczyło, że mąż się przekręcił na bok, a już się wybudzałam. Byłam totalnie zmęczona, wyczerpana, a zarazem czułam ekstremalne pobudzenie, totalną mobilizację, jakbym była w stanie przebiec maraton. Moje ciało ciągle szykowało się do walki, by przeżyć. Jednocześnie nie mogłam uwolnić się od obsesji śmierci, uczucie umierania wciąż mi towarzyszyło, krążyło w mym krwiobiegu - wszędzie dostrzegałam jego przejawy. Jeszcze w szpitalu miałam myśl, że chcę uciec przed śmiercią, która i tak przyjdzie, bo jest tak sprytna, że nie sposób przed nią uciec w nic innego… jak tylko w nią!
AK: A mimo to nikt nie łączył tego objawu i przyczyny. Nikt nie pytał: dlaczego ktoś może mieć takie problemy ze snem? I czy pacjent jest w stanie zaakceptować wcześniejszy uraz? Czy może z nim żyć?
AN: Dopiero w klinice w pełni dotarło do mnie, co się stało. Poczułam, że tu są odpowiednie warunki, by w końcu móc tę pokrywę otworzyć.
AK: Po naszej pierwszej terapii zanotowałam: „ona nie bierze żadnych leków przeciwbólowych, zabiegi działają dziś, ale efekt szybko znika”. Dlaczego? Ponieważ nie dochodzi się do sedna tej historii. A sednem była właśnie emocjonalność.
Pracowałyśmy głęboko nad tkanką – nie twardymi uciskami czy agresywnymi technikami, ale tak, aby ciało naprawdę poczuło przestrzeń. Co ciekawe, pacjent czy pacjentka w pierwszym momencie niekoniecznie odczuwają efekt tych zabiegów. Dopiero potem ujawnia się ich działanie. Poprzez dotyk pojawia się pamięć, która może sięgać nawet momentu, w którym nastąpił uraz. Czasem niewiele potrzeba, by ją aktywować. Pojawia się trigger. W twoim przypadku był to wykład w klinice, na którym zobaczyłaś zdjęcia z miejsca wypadku. I to, w połączeniu z osteopatycznym leczeniem i psychoterapią, uruchomiło głęboko zakopaną pamięć.
AN: Na tych zdjęciach to nawet nie był mój wypadek, lecz nagle poczułam -dosłownie, fizycznie - mój niewykrzyczany, nieprzeżyty krzyk, którego wtedy nie mogłam wydobyć. Bo na miejscu wypadku walczyłam o przetrwanie i musiałam zastygnąć. Wszystko we mnie wołało: „Nie ruszaj się, bo umrzesz.” Ta szalona energia uwolniła się po Twojej terapii.
Pani dumny. Nie chcę wyobrażać sobie, co by było, gdyby ten krzyk został w Pani ciele”.
Ważna jest obecność innych; pod ciężarówką leżałam zupełnie sama. A gdy dostałam paniki na korytarzu w klinice, od razu pojawili się przy mnie ludzie. Przytuliłam się do pielęgniarki, bo tak bardzo potrzebowałam bliskości. Przybył też pielęgniarz Ulrich Wergin, pięć osób z torbą ratunkową było wokół mnie. Wyprowadzili mnie z tego ataku i ustabilizowali. Bez nich wszystko mogło potoczyć się źle, mogło dojść do eskalacji.
AK: Cały zespół – pielęgniarzy i lekarzy - działał profesjonalnie. Dzięki temu mogły zajść u Ciebie pierwsze, ogromne kroki ku uzdrowieniu: w kierunku zrozumienia i akceptacji tego, co się dzieje. Na przykład mogliśmy pojąć, co oznacza Twój objaw. Zrozumieliśmy, że strach przed zaśnięciem był w rzeczywistości strachem przed śmiercią. Wciąż lękałaś się, że jeśli zaśniesz, możesz się już nie obudzić. To był ten sam strach, jaki czułaś, leżąc pod ciężarówką: jeśli teraz zasnę, jeśli stracę kontrolę, prawdopodobnie umrę.
AN: A co więcej, jeśli to miałaby być ostatnia minuta moim życiu, to chciałam być jej świadoma. Uświadomienie sobie znaczenia symptomu zmieniło moje do niego nastawienie – zobaczyłam w nim posłańca, który niesie ważną dla mnie informację.
AK: Leżąc pod ciężarówką, zastygłaś; a wokół widziałaś ludzi, którzy też zastygli, bo nie wiedzieli, jak Ci pomóc. Z drugiej zaś strony czułaś chęć przetrwania, to ona utrzymuje człowieka przy życiu w takim momencie. Ale w konsekwencji staje się traumą: nie można spać, bo sen oznacza utratę kontroli. W efekcie człowiek ciągle wraca do miejsca wypadku - nieświadomie, bo nikt o tym z nim nie rozmawia.
AN: Podczas kolejnych operacji miałam impuls, by uciec ze szpitala. Również go powstrzymałam – podłączona do licznych urządzeń wiedziałam, że jeśli się ruszę, zabiję siebie, również strach, że mogę osierocić dzieci. To wszystko odkładało się we mnie, warstwa po warstwie. Dopiero podczas przepracowywania tego w klinice, uświadomiłam sobie, ile emocji się we mnie nagromadziło.
A wy byliście niesamowitym zespołem – ze swą wiedzą i doświadczeniem. Nie obawialiście się niczego, towarzysząc mi i innym pacjentom. Głęboko odczułam Wasze wsparcie, po prostu człowieczeństwo. Dlatego coraz więcej wychodziło ze mnie, i coraz więcej mogło zostać przepracowane i zintegrowane. Byłaś gotowa – podobnie jak cały zespół – przyjąć to, w całej bezwzględności, w jakiej się pokazuje. Bo trzeba uczciwie powiedzieć, że ta energia przetrwania bywa bezwzględna; te siły, które wtedy nie mogły być ujawnione, a później trzeba je dopuścić, by zostały zintegrowane. Gdyby ten atak zdarzył się gdzie indziej, po prostu dostałabym zastrzyk uspokajający. A wy daliście mi ramy, by z całą swoją mocą dopełniła się reakcja, która wtedy – podczas wypadku i kolejnych operacji - nie była możliwa.
Tej kliniki, tego konceptu w tej formie już nie ma.
AK: Niestety nie. Aby tak pracować, nie możesz trzymać się 8-godzinnego dnia pracy. Jeśli wydarza się historia jak ta, której doświadczyłaś, jesteś z tą osobą tak długo, jak trzeba. A to nie jest tolerowane przez system. Widziałam różne reakcje: jak ktoś zrywa z siebie ubranie, wymiotuje, gryzie poduszkę, krzyczy – nie możesz wtedy patrzeć na zegarek, bo „godzina terapii się skończyła”. Bierzesz tę osobę w ramiona, jeśli tego potrzebuje, albo po prostu siedzisz przy niej i musisz to wytrzymać. A kiedy ta faza minie, możesz ją oddać profesjonalistom, którzy będą dla niej dostępni przez następne godziny, żeby dokładnie przepracować to, co się stało.
Jeżeli takich warunków nie możemy komuś w procesie wychodzenia z traumy zapewnić, lepiej trzymać się od tego z daleka, bo inaczej pojawi się wtórna trauma. Człowiek znowu zostaje sam ze swoimi emocjami, reakcjami, myśląc: „Chyba jestem kompletnie szalony“. A w rzeczywistości chodzi o pokłady bólu - psychicznego i emocjonalnego – jaki w sobie nosi. Ludzie muszą go wykrzyczeć, wyrzucić z siebie, a terapeuta musi to wytrzymać, aby później to przerobić i móc powiedzieć: „Zobacz, udało Ci się opuścić tę sztywność, przeszedłeś na następny poziom, i zaczyna się właściwa praca.”
AN: Tę pracę wykonałam z Wami. Dzisiaj nie mam już żadnych objawów traum powypadkowych i operacyjnych. Można pomyśleć: to jest cud.
AK: Pięknie jest zobaczyć kobietę, jaką się stałaś. Cieszę się, że mogłam pomóc Tobie i innym osobom, którym ciągle towarzyszył strach. Dać ludziom odwagę, żeby spojrzeli na to, co ich spotkało, przepracowali to i odzyskali jakość życia to wielki prezent.
AN: Wierzę w tę misję, bo wiem, że uratowała mi życie. I pomyślałam, że po coś to wszystko przechodzę – właśnie po to, by dzielić się z innymi swym doświadczeniem. Nie byłoby mnie dziś tu bez Ciebie i Twojej pracy z ciałem, a także bez Uli - pielęgniarza, który był ze mną w krytycznych momentach i wspierał. Dołączam perspektywę kogoś, kto na własnym ciele i umyśle doświadczał tego, przetwarzał i integrował.
Cieszę się, że łączymy siły i możemy przekazać tę wartość dalej. W marcu poprowadzimy razem w Warszawie kurs na temat interdyscyplinarnego podejścia do terapii traumy. Skierowany jest do specjalistów - psychoterapeutów, psychiatrów, psychologów, osteopatów, fizjoterapeutów, pielęgniarek, lekarzy i innych osób, które pracują z osobami po traumie i chcą to robić w sposób bardziej świadomy i bezpieczny. Pokażemy autentyczne nagrania pracy z integrowania traumy. To będą moje nagrania. Obrazują one dynamikę i momenty przełomowe procesu wychodzenia z traumy, pomagają przygotować na to pacjentów i personel, przełamać ich lęk. Ujawnianie nawet najsilniejszych emocji nikogo nie zabija. Zabija ich nieujawnianie.
Więcej na temat kursu: https://agata-norek-institute.ch/pl/aktualnosci/kurs-interdyscyplinarne-podejscie-w-terapii-traumy
Cała rozmowa z Angeliką van de Kraatz dostępna pod adresem: Interdyscyplinarne Podejście w Terapii Traumy - Agata Norek & Angelika van de Kraats - Agata Norek Institute